To Ja
Tylko uciekało cicho i bezbronnie.
W naszych rozmowach coś gasło pod skórą,
Bo ja każde słowo zasłaniałem chmurą.
Twoje ramiona pachniały mi domem,
A ja w nich drżałem jak cień pod balkonem.
Ty przy mym sercu jak nuta prawdziwa,
Ja byłem ciszą, co wszystko rozrywa.
Cicho do ciebie przyłożę swe słowa,
Powiem, że bałem się zacząć od nowa.
Że to ja znikałem, choć serce się rwało,
Że to ja nie umiałem zatrzymać, co trwało.
Tych poranków nerwowych, gorących od czekania,
Tych wieczorów bez słowa, bez snu, bez wyznania.
Tych gwiazd, co spadały pijane nad miastem,
Tych próśb, które gubiłem za własnym hałasem.
Cicho do ciebie przyłożę swe słowa,
Powiem, że bałem się zacząć od nowa.
Że to ja odchodziłem, gdy trzeba było zostać,
Że to ja przed miłością uczyłem się chować.
Przyznaję, bo nie mam już siły udawać,
Że można tak kochać i ciągle się cofać.
Bo nikt tak boleśnie nie umiał się chować,
Jak ja, kiedy chciałem być blisko, nie szlochać.
To ja
Mówiłem półgłosem, że miłość to rana.
To ja
Drżałem przy czułości od zmierzchu do rana.
Zanim nam niebo rozwiąże parasol,
Zanim dzień zgaśnie za dachem i lasem,
Zanim dwa cienie rozminą się w bramie,
Zanim kurz przykryje ostatnie pytanie.
Cicho do ciebie przyłożę swe słowa,
Powiem, że bałem się zacząć od nowa.
Że to ja odchodziłem, gdy trzeba było zostać,
Że to ja przed miłością uczyłem się chować.
Przyznaję, bo nie chcę już żyć na pół oddechu,
Na progu swych lęków, wśród winy i grzechu.
Bo nikt tak uparcie nie umiał zaprzeczać,
Że pragnie być blisko, a musi uciekać.
To ja
Chowałem swe dłonie w kieszeniach jesieni.
To ja
Bałem się ognia, choć tęskniłem do płomieni.
A kiedy się miniemy przy końcu tej drogi,
Bez wielkich obietnic, bez krzyku, bez trwogi,
Jeszcze raz tylko do ciebie się zwrócę,
I wszystko, co boli, półszeptem wyrzucę.
Bo nikt tak boleśnie nie umiał się chować,
Jak ja, kiedy chciałem być blisko, nie szlochać.
Bo nikt tak uparcie nie umiał zaprzeczać,
Że pragnie być blisko, a musi uciekać.
To ja…..
