Nico.ść
Zanim wybuchło światło, trwała nicość.
Absolutna, sterylna, ssąca.
Milczenie nie było brakiem dźwięku,
lecz czarną grawitacją, która zapadała się w sobie.
Czas nie biegnie.
Czas jest gangreną wieczności.
Strupem na bezmiarze,
który tętni bólem.
Każda milisekunda to brzytwa na gardle nieistnienia.
Cisza nie ma imienia ani odbicia.
Jest zwierciadłem patrzącym w siebie tak zachłannie,
aż z obrzydzenia wypluwa pierwszy, krwawy świt.
Wtedy wydarza się Błąd.
Nie myśl, nie słowo, lecz krwotok bytu.
Skończoność, gwałt zadany jałowej ciszy.
Wyrwa w niebycie, która zaczyna ropieć gwiazdami.
Coś otwiera oczy.
Człowiek.
Niedoszły bóg ulepiony z resztek światła i krzyku,
którego nikt nie chciał wysłuchać.
Patrzy w górę, lecz niebo to lodowata soczewka –
za nią nie ma nawet cienia Obserwatora.
Oddycha, bo płuca są bezlitosną pompą, która nie zna odmowy.
Kocha, by tamować wyciek świadomości o własnym końcu.
Pisze, by w gardle pustki utknął odłamek sensu -
przecinek, który kaleczy nicość od środka.
Płonie w nim iskra surowsza niż dusza:
świadomość jako wyrok bez prawa do apelacji.
Bunt nicości, która odgryzła sobie język i dalej krzyczy.
Pył, który ma czelność wykrztusić: „Jestem”,
choć jest tylko echem w niemych liniach wszechświata.
Z tego śmiechu, z tego buntu, z tej kruchoty
rodzi się wszystko.
Wspaniała katastrofa.
Błysk świadomości pękającej pod własnym ciężarem.
Światło wrzeszczy jak niemowlę wrzucone w ogień istnienia.
Gwiazdy płoną z zachwytu, że mogą spłonąć - że wygrały z trwaniem.
Człowiek, ten błąd statystyczny próżni, pisze,
by nicość mogła wreszcie przeczytać własny nekrolog.
Ona patrzy na nas z zazdrością.
Trwa wiecznie, lecz nigdy nie poczuje chłodu wiatru
ani szlachetnego strachu przed końcem.
Jesteśmy jedynymi bogami, jakich stać na luksus umierania.
W sercu tego pożaru drży jedno zdanie:
„Nawet nicość nie wytrzymała własnej pustki i zaczęła marzyć”.
To marzenie jest Bogiem.
Okaleczonym, drżącym, przerażonym tym, co stworzył.
Zakładnikiem snu, który nie ma dokąd uciec.
Jestem.
Nie wiem.
Świat we mnie zdycha, rzęzi i nie potrafi przestać.
Nie szukaj sensu w neuronach, tam jest tylko wilgotny szum.
Jesteśmy ciałem,
które nauczyło się wymawiać imiona gwiazd,
żeby zagłuszyć mlaskanie próżni pożerającej własny ogon.
Wszechświat to nie świątynia.
To ubojnia, w której światło jest tylko kolorem krwi.
A jednak w tej ubojni, między jednym a drugim cięciem,
zaczyna dziać się coś niewybaczalnie czystego.
Prawda, która nie boi się gnicia.
To czułość – ta jedyna forma oporu, na jaką nie stać próżni.
Gdy kładziesz dłoń na innym kłębiącym się bólu,
przestrzeń pęka, a nicość cofa się o milimetr,
oślepiona blaskiem dwóch nędz, które odważyły się dzielić mrokiem.
To wystarcza.
Nicość została pokonana swoim własnym koszmarem.
