Donald z królestwa śledzi
W sklepie pachnącym Atlantykiem i starym szlamem
stoi on - król szczypców,
syrena z plastikowego wiadra.
Włosy - liche, tłuste struny,
na których zagrałby sam diabeł morski,
gdyby nie brzydził się łupieżu.
Twarz jak lodówka po zamknięciu sklepu:
wszystko już martwe,
ale światło wciąż się pali,
żeby udawać świeżość.
Donald, kapłan sekty dorsza,
głosi kazania do karpi,
że zbawienie przyjdzie w solance,
a grzech najlepiej wypłukać octem.
Głos ma jak chrzęst ości w gardle grzesznika -
rani, zanim zdążysz go przełknąć.
Rozmawia jak wędzarnia bez wentylacji:
po trzech zdaniach nie oddychasz,
po pięciu zaczynasz wierzyć,
że to twoja wina, że się dusisz.
Donald - fileciarka historii:
ostrze idzie w poprzek sensu,
fakty tracą kręgosłup
i lądują w promocyjnej kuwecie.
Jego prawda ma etykietę „produkt wielokrotnie rozmrażany - nie zamrażać ponownie”, ale sprzedaje ją jako świeżą, bo nikt już nie pamięta, jak smakuje świeżość - pamiętają tylko, że kiedyś istniała.
Klienci kiwają głowami jak flądry na lodzie: nie z przekonania, tylko dlatego, że umieranie też ma swoje odruchy.
A on bierze ten drgający tłum za entuzjazm i woła, że ryba sama się cieszy.
Równa wszystko do grubości kotleta,
żeby prawda nie wystawała
i dało się ją zafoliować.
Każdy, kto przekroczy próg,
czuje, jak wysysa z niego witaminę D
i całą radość życia,
niczym sum w porze głodu,
co zapomniał, że kiedyś był rybą,
a nie tylko pyskiem.
Myśli ma jak rekin w akwarium:
krąży bez snu,
bo gdyby się zatrzymał,
musiałby zrozumieć,
że nie żyje.
Jego uśmiech - jak szczęka rekina po stypie,
jego dłonie — relikwie panierki z wczoraj,
jego spojrzenie - jak zapałka w beczce oliwy:
zapala twoje myśli,
zanim zdążysz mrugnąć.
A w oczach świeci sekciarskie „Amen”,
jak neon w barze „U Śledzia”.
Gdyby padlina była rybą, miałby jej monopol.
Gdyby była konserwą - sprzedawałby ją w zestawie z patriotyzmem i gratisową torbą na sumienie.
Nawet śledzie w occie słuchają go z niedowierzaniem i próbują uciec ze słoika.
Jego ego pływa w formalinie
jak płód przyszłej epoki -
martwe,
a już gotowe do wystawienia w gablocie.
Albo gorzej:
jak homar w mikrofalówce -
wali w ścianki, robi hałas,
a wszyscy wiedzą,
że to tylko kwestia czasu.
Jeśli spotkasz Donalda - uciekaj.
Bo inaczej skończysz
oprawiony w pergamin z kłamstw
i jego narcyzmu,
podany z plastrem cytryny
na ołtarzu świętej Makreli.
A on spojrzy na ciebie,
zważy wzrokiem,
i zapyta spokojnie:
Na świeżo czy z wczoraj?
