nienasycenie życiem
idę przez dzień
jak przez wybebeszone podbrzusze sadu
wszystko pęcznieje
w jednej wściekłej sekundzie
światło wbite w liście
drży jak roztrzaskane szkło
chleb parzy dłonie
zakalcem i słońcem
wiatr zostawia na skórze
osad spalin i mięty
wciągam powietrze głęboko
smakuje klamką mostów
mułem rzeki
która niesie rozdęte truchła ryb
i złoto obrączek
ziemia po deszczu
pachnie świeżo rozkopanym grobem
a jednocześnie
pierwszym porankiem świata
powietrze jest ciężkie od narodzin
sekundy pękają
jak nasiona ciskane w biały żar
pytam
dlaczego oczy mają brzegi
skoro horyzont
jest tylko szramą zjełczałego światła
wydrapaną paznokciem Boga
który tnie sobie dziąsła
o krawędź moich modlitw
świat jest zbyt wielki
dla mojej czaszki
chciałbym pić go
całymi haustami
hartować przełyk
w ciekłym azymucie gwiazd
język puchnie
od nadmiaru smaków
przełyk jest za wąski
dla tej wezbranej rzeki
chcę wybuchnąć jak supernowa
w środku własnego mięsa
bo ciało
to tylko pergamin rozpięty na huraganie
krew huczy w żyłach
jak spóźniona lawa
próbuje wypalić mi drogę na zewnątrz
tętno jest tylko odliczaniem
do krwi w ustach
serce tłucze się o żebra
jak ptak
który pomylił druty
z niebem
w płucach noszę wiatr starszy od miast
w kościach mam sól mórz
które wyschły
zanim narodził się lęk
każde uderzenie serca
to młot w kuźni istnienia
niech światło
wreszcie rozsadzi kości
niech pęknę
jak owoc zbyt długo trzymany w słońcu
bo wszystko wyje o uwagę
trawa przebija asfalt
z cierpliwością lodowca
kamień nagrzany słońcem
pamięta dotyk dłoni
sprzed tysiąca lat
czas jest sędzią
który zjada własne palce
by nie musieć wskazać winnego
skóra pamięta więcej niż rozum
a ja wciąż głodny
mój głód jest starszy niż moje imię
to czarna dziura
wycięta w środku boga
przez którą ucieka całe światło poranka
chcę jeszcze jednego drzewa
ciemnego od soków
jeszcze jednego świtu
który jak nóż
wejdzie pod gardło nocy
nie nadążam kochać świata
świat zdarza się
zbyt gwałtownie
zbyt boleśnie
stoję z otwartymi ustami
a czas wlewa mi się do gardła
jak wrzący ołów
który zastyga w posąg krzyku
idę dalej
moja pamięć to cmentarzysko
ech
gdzie każde kocham
ma zapach wapna i starego lodu
usta mokre od życia
które smakuje jednocześnie
krwią
i miodem
bo śmierć to jedyna potrawa
której jeszcze nie umiem przełknąć
