nienasycenie tęsknotą
idę przez siebie
jak przez dom po pożarze
ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk
oddycham dymem
twoje byłaś
twoje byłeś
puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć
dotykam powietrza
stawia opór
ma twoją gęstość
jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić
pamięta więcej niż ja
wypukłość obojczyka
ciężar dłoni
nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała
każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność
łóżko jest nekropolią
zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu
bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść
granice państwa
którego już nikt nie uzna
tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach
we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy
w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca
tęsknota nie jest brakiem
tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami
stoi we mnie
i pije mój oddech
rośnie
jak pęknięcie w szkle
z każdą sekundą
uczy się światła
tylko po to
by mnie oślepić
chciałbym zapomnieć
ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen
pije mnie powoli
bez pośpiechu
twoje imię już nie krzyczy
sączy się cicho
jak rdza
zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego
i zostaje
nie ma dla mnie końca
wszystko co było
nie umarło
tylko zmieniło ciężar
i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia
chodzę z tym światłem po tobie
jak z raną
która nauczyła się świecić
nie potrafię przestać
bo ta tęsknota
to jedyny dowód
że miłość była prawdziwa
że wydarzyła się naprawdę
i dlatego boli
tak długo
aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą
twoim ostatnim imieniem
