zakrzywienie
spotkali się
nie w miejscu,
lecz w szczelinie pomiędzy myślami,
gdzie cisza jeszcze pamięta imiona,
a sens nie zdążył przybrać formy.
ona była światłem,
które nie świeci -
raczej wie, że jest jasne,
jak gwiazda
istniejąca jeszcze zanim powstało niebo.
on był cieniem,
który nie zasłania,
lecz pozwala widzieć głębiej
niż wzrok,
niż pamięć,
niż strach.
nie mieli rąk -
więc dotyk wydarzał się
między słowami,
które urywały się
zostawiając znaczenie po drugiej stronie.
nie mieli ust -
więc cisza mówiła za nich,
oddychając pytaniem,
które znało oba imiona
i nie potrzebowało odpowiedzi.
byli tak lekcy,
że grawitacja szukała ich po omacku,
rozbijając się o puste krzesła,
o porzucone gesty,
o wszystkie te miejsca,
w których świat
zawsze coś obiecuje,
a nigdy nie dotrzymuje.
byli błędem w projekcie świata -
miejscem-
w którym rzeczywistość
zacięła się na chwilę,
i nagle zrozumiała,
że nie wszystko da się
wydarzyć bez konsekwencji.
gdy byli blisko,
świat tracił ostrość,
a rzeczy wstydziły się,
że są tylko rzeczami,
że mają ciężar,
funkcję
i koniec.
ona widziała w nim
przyszłość,
która nie chce się wydarzyć,
bo zna cenę.
on widział w niej
przeszłość,
która wciąż jest prawdziwa
i dlatego niebezpieczna.
nie pragnęli siebie.
pragnienie byłoby zbyt głośne -
byłoby aktem przemocy
w tej katedrze milczenia,
którą budowali
z powstrzymania,
z odwagi niewzięcia.
rozpoznawali się raczej
jak dwa ciała niebieskie,
które nigdy nie wejdą na tę samą orbitę,
a jednak wiedzą,
że ich istnienie
zakrzywia tę samą przestrzeń.
byli jak dwa zakazy fizyki
skierowane naprzeciw siebie -
tak blisko,
że rzeczywistość zaczynała się jąkać,
a powietrze między nimi
świeciło jak martwa gwiazda:
energii było dość,
ciała - nigdy.
ich bliskość była mostem
zbudowanym nad przepaścią sensu,
doskonałym,
koniecznym,
zaprojektowanym wyłącznie po to,
by nikt
nigdy
nie odważył się po nim przejść.
byli jak dwie planety,
które zrozumiały,
że ocalą siebie tylko wtedy,
gdy pozostaną
w idealnej odległości -
dość blisko, by się przyciągać,
i dość daleko,
by nie zamienić się w popiół.
gdy odchodzili,
nic nie zostało.
i właśnie to
było dowodem.
bo ta miłość
nie zostawia śladów, ciepła ani popiołu -
zostawia możliwość,
a możliwość jest najbardziej okrutną formą istnienia:
masywną jak gwiazda,
która nigdy nie zapłonie,
i wystarczająco ciężką,
by do końca
zakrzywiać każdą kolejną miłość.
