Mniam
w bardzo fancy wytwornej cukierni
leży ciasto — bez zakalca, gotowe do zabawy.
Lukier gładki — lustro próżności,
krem napuszony chorą kalorycznością.
„Spójrzcie!” — krzyczy, kruszonką z wysoka,
„wypiek nad wypieki, cud epoki!”
sernik wzdycha w kącie,
niech rośnie — we własnej pudrzaności.
Nie dla was jest, o głodne spojrzenia,
nie dla was wiśniowe zdobienia.
Jest arcydziełem cukru!
Nie zniży się do brzucha, talerza ni sztućcu!
Lecz nagle — dzwonią
monety o ladę.
Pierwszy kęs wyniosłości,
suche, twardawe westchnienie, usłane chrupką kokosową.
Drugi — obłudy, ciągnący się jak własne ego,
słodki, lepki, z frużeliną wiśniową.
Trzeci — pozorów, błyszczący, stężała biała czekolada pęka pod językiem.
Czwarty — kłamstewka orzechowe,
chrupiąca niespodzianka, wgryza się w pamięć.
aż z ust się wymyka, już bez zachwytu:
dobre, takie nie za słodkie.
ile z tej pychozy pozostaje w ustach?
Na paterze — okruszek,
i jedno:
Mniam.
