niebo nie utrzyma
bez krawędzi
piasek płynął przez budynki
rzeki zawracały
rozłożyłem skrzydła
kości rozciągnięte pragnieniem
ciężkie
jak kamienie pustyni
wyżej
ponad dachy
ponad czas
ponad własne ciało
chmury pękały jak ryby
te z japońskich festiwali
łowione papierowo cienkim sitkiem
piękne tylko przez chwilę
śliskie
skazane na ucieczkę
łapałem je
rozpadały się w palcach
jak sen
który nie chce zostać
wiatr śmiał się otwarcie
znał anatomię
wiedział że moje żebra są pełne
historii
piasku
ciężaru
że moje uda są zbudowane
do noszenia
nie do lotu
jak cegły ogrodów Semiramidy
unoszących się nade mną
w powietrznych labiryntach liści i fontann
ptaki śpiewały z góry
sprężyste
puste w środku
a każdy mój staw mówił
nie
ciało krzyczało głośniej niż marzenie
ziemia nie była wrogiem
pamiętała
po co są nogi
płuca
dłonie
zrozumiałem
że lot
nie jest formą istnienia
tylko fantazją ucieczki
człowiek
jest do czucia
do światła w płucach
do śmiechu w deszczu
do chleba w dłoniach
do słońca
które nie żąda skrzydeł
papierowy
bezpieczny
latam tylko we śnie
bo to małe cuda
utrzymują ciężar
nieba
