Drapieżnik
Już wiem, że to sen.
Ta wiedza niczego nie ratuje.
Biegnę -
a raczej zapadam się w bieg.
Jak człowiek w melasie.
Ruch istnieje,
ale nie ma prędkości.
Miasto znam.
Na pewno znam.
Byłem tu kiedyś.
Albo śniłem, że byłem.
Ulice rozpoznają mnie szybciej niż ja je.
Bruk pamięta ciężar moich stóp,
choć nogi mam z opóźnionej decyzji ciała.
Próbuję przyspieszyć.
Ciało nie wierzy.
Każdy krok ciągnie się
jak źle postawione zdanie,
którego nie da się cofnąć.
Asfalt ma temperaturę krwi. Wpija się w podeszwy.
Zlizuje moje imię z dokumentów w kieszeni.
Oddycha.
Przytrzymuje mnie jak dłoń na karku.
Wciąga sznurówki, resztki tętna.
Miasto bierze mnie małymi porcjami.
Ktoś jest za mną.
Od pierwszej sekundy mojego snu.
Słyszę go w zmianie powietrza.
W tym, jak cisza robi się cięższa.
To drapieżnik.
Poluje.
Jego obecność zagęszcza ulice.
Oddech ma wagę betonu w ruchu.
Nie słyszę kroków.
Słyszę, jak pod jego ciężarem pękają cząsteczki powietrza. Jest tak blisko,
że moja własna skóra
próbuje się odwrócić,
by go nie widzieć.
Wie, że nie muszę się spieszyć -
to ja muszę.
Uciekam w kręte uliczki.
Znam je.
A jednak nie wiem, gdzie jestem.
Miasto przesuwa mapę pod stopami.
Znajome miejsca gubią nazwy.
Nie ma kierunków.
Jest tylko przód
i to, co jest za mną.
Biegnę w miejscu.
Nogi mielą noc
jak zużyty mechanizm.
Powietrze gęstnieje,
opiera się płucom,
myślom, strachowi.
Oddycham za wolno.
Przez chwilę
sen patrzy na mnie.
Krzyczę.
Krzyk nie wylatuje.
Zastyga w przełyku jak stygnące szkło.
Rozrywa płuca od wewnątrz,
bo świat nie chce go przyjąć
Gardło pęka -
ale krzyk wraca,
wbity z powrotem w usta
jak knebel z własnego ciała.
Kamienice nachylają się tak nisko,
że czuję na karku ich stęchły oddech.
Zamykają powieki fasad.
Miasto mnie pamięta.
I to jest najgorsze.
To miasto śni mnie
dokładniej,
niż ja potrafię śnić je.
Bruk układa się w kształt moich lęków,
zanim zdążę o nich pomyśleć.
Drzwi są oczami.
Okna - jamami ust.
Nikt nie pomaga.
Wszyscy wiedzą, jak to się kończy.
Cień za mną jest cierpliwy.
Cień nade mną rozlewa się
jak smoła,
która zna każdy mój krok
i wie, gdzie zwolnię.
Upadam.
Podnoszę się.
Jeszcze wolniej.
Drapieżnik już stoi przede mną.
Nie goni.
Czeka.
Aż do niego dojdę
na resztkach ruchu.
Serce wali w żebra jak pięść w zamknięte od wewnątrz drzwi.
Sen dławi mnie
ręką z betonu
włożoną w gardło.
Krzyczę.
W nocy.
Krzyk przebija sen, ściany, cudze sny.
Budzi domowników -
obcych świadków mojego pościgu.
Pęknięcie.
Światło.
Budzę się.
Sprawdzam dłonie.
Pod paznokciami mam pył z tamtego bruku.
Cisza w pokoju nie jest pusta.
Ma ten sam ciężar, co tam, za rogiem.
Z gardłem spalonym od krzyku.
Z sercem, które jeszcze biegnie.
Leżę w łóżku.
Cisza oddycha obok.
I nie wiem -
czy to miasto istnieje naprawdę,
czy tylko wraca nocą
po mnie.
