Zdrada
Zdrada nie zaczyna się od ciała.
Ciało jest tylko miejscem zdarzenia.
Mostem, który zapamiętuje kroki, ale nie powód przejścia.
Zdrada zaczyna się w chwili, gdy drugi człowiek przestaje być świadkiem twojego stawania się, a staje się jedynie gwarantem twojego trwania.
Gdy obecność nie sprawdza już prawdy, tylko ją amortyzuje.
Małżeństwo jest umową o ciągłość.
Cyrograf na skórze, która z czasem staje się cudzym pismem.
To eksperyment na czasie: zakład, że zmianę da się spętać powtarzalnością, a wspólne zmęczenie wystarczy za fundament.
Obietnica brzmi: będę tutaj, nawet gdy nie będę sobą.
Ale miłość nie zna ciągłości.
Miłość jest serią skoków poznawczych, w których wierzysz, że to samo imię wciąż oznacza ten sam byt.
Zdrada pojawia się wtedy, gdy różnica w tobie zaczyna wyprzedzać język.
Gdy nie masz już słów na to, kim się stałeś - pożyczasz cudze ciało jako poligon dla nowej definicji siebie.
To nie zdrada ciała. To próba odkrycia siebie.
Zdrada to epistemologia,
która zaczyna się od pęknięcia termometru.
Prawda przestaje być skalą - staje się rozlaną rtęcią.
Nie zmierzysz jej.
Możesz się tylko zatruć.
Zdrada jest jak operacja na otwartym sercu przeprowadzona latarką w cudzym pokoju.
Próbą poznania siebie w sytuacji, w której prawda nie jest już możliwa bez zdradzenia kogoś, kto miał ją unieść.
Sprawdzeniem, czy jeszcze istniejesz,
gdy ktoś wypowiada twoje imię jak hasło jednorazowe -
bez przeszłości,
bez zobowiązań,
bez świadków.
Nie zdradzasz partnera.
Zdradzasz wersję siebie, która miała wytrzymać całe życie w jednym kształcie, pod jednym imieniem, bez prawa do dalszych definicji.
Bo najbrudniejsze w zdradzie nie jest kłamstwo,
lecz odkrycie, że kłamstwo było warunkiem trwania.
Nie chciałeś prawdy.
Chciałeś, żeby dom się nie zawalił,
więc przestałeś sprawdzać, czy ma jeszcze fundamenty.
Chciałeś, żeby nie bolało bardziej niż chciałeś prawdy.
Małżeństwo pęka nie dlatego, że ktoś dotknął obcej skóry,
lecz dlatego, że przestał wierzyć, iż cała prawda o nim musi przejść przez jedno życie.
Zdrada jest sekcją zwłok wykonaną na kimś, kto wciąż wierzył, że oddycha.
Że zaufanie było kredytem zaciągniętym na przyszłość, która nigdy nie nadeszła.
A potem zostaje cisza.
Nie ta po krzyku -
ta po zrozumieniu.
Bo zdrada boli najbardziej nie dlatego, że ktoś wybrał kogoś innego,
lecz dlatego, że świat przestał być jednowariantowy.
I musisz przyjąć do wiadomości,
że miłość, która miała być schronieniem przed zmianą,
okazała się jednym z jej najostrzejszych narzędzi.
Zdrada nie jest końcem miłości.
Jest jej błędem granicznym.
Momentem, w którym architektura prawdy
zapada się w człowieka.
Bo życie zawsze okazuje się większe niż język obietnicy.
