odbicie
nie pamiętam, kiedy to się zaczęło.
czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy,
jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję,
ale do mojego ciała.
czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź,
wygięty na końcach,
gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen,
jakby już wiedział, gdzie trafić.
a może wcześniej.
gdy jego córeczka biegała po ogrodzie
i krzyczała do pustego powietrza:
- nie ruszaj mamy.
- nie ruszaj mamy.
jakby ktoś stał tuż obok,
dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać.
robert był idealny.
punktualny.
pomocny.
uśmiech miał gładki
jak szkło polerowane w laboratorium cieni,
tak czyste, że nie zostawiało odbicia.
ale oczy…
gdy w nie patrzyłem,
zimno zaczynało się we mnie poruszać,
powoli, jakby znało drogę.
w źrenicach coś było -
nie ciało,
raczej miejsce po nim.
głód bez kształtu,
po czymś, co już zjadło swoje imię
i nauczyło się patrzeć dalej.
jego cień czasem nie nadążał.
spóźniony o ułamek sekundy,
jakby musiał się zastanowić,
czy jeszcze chce za nim iść.
kiedy mówił,
odbicie w szybie
nie otwierało ust.
jakby coś z jego wnętrza
słuchało osobno.
pierwsze ciało we wrześniu.
drugie w październiku.
trzecie w grudniu, tuż przed świętami.
kolejne w marcu.
zawsze młotkiem.
zawsze kobiety.
zawsze noc.
ostatnia, trzynaście lat.
media pisały o „fryzjerze”.
o tym, że wkładał im włosy w dłonie,
jakby chciał, żeby coś jeszcze
miały przy sobie po śmierci.
ja wiedziałem wcześniej.
widziałem go nocą z czarną torbą,
spokojnego,
jakby wracał z miejsca,
gdzie wszystko było już załatwione.
zacząłem dziennik.
czasem kartki były ciepłe.
jak skóra po czyimś dotyku.
znały mój charakter pisma,
zanim nauczyłem się go pisać.
atrament pachniał metalem,
zanim dotknąłem pióra.
każdy krok.
każdy oddech.
każdy cień.
śniłem o nim.
za niego.
czułem chłód żelaza,
puls dłoni tuż przed śmiercią,
serce drugiej osoby
sekundę przed tym,
jak świat przestaje się do niej odzywać.
czasem nie wiedziałem,
czy zapisuję,
czy tylko pozwalam,
żeby przechodziło przeze mnie.
wysłałem anonim do policji.
zdjęcia.
cisza, która nie miała końca,
tylko głębokość.
potem list.
w środku zdjęcie mojej córki.
jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu,
jakby ktoś kazał jej nie oddychać.
na odwrocie
odcisk błotnistego buta.
ciężki.
pewny.
tej nocy córka nie spała.
chodziłem, zapalałem i gasiłem światła,
sprawdzałem zamki,
jakby dom mógł się jeszcze obronić.
- tato?
jej oczy patrzyły
jak okna do innego czasu,
takiego, który już się wydarzył,
ale jeszcze nie dotarł.
- tato…
czy to, co patrzy przez twoje oczy,
też śni?
poszedłem do roberta.
drzwi otwarte.
on w kapciach.
dziecko przy nodze.
kolęda w tle.
jabłka z goździkami.
zapach, który powinien być bezpieczny.
- potrzebujesz czegoś? zapytał.
- nie.
tylko… porozmawiać.
uśmiechnął się.
nachylił,
jakby mówił nie do mnie,
tylko do mojego odbicia:
- trudno jest być tylko niewinnym, prawda?
zamknął drzwi.
zbyt cicho.
zbyt dokładnie.
jakby zamykał nie dom,
ale proces.
od tej nocy nie śpię.
palę,
bo dym zagłusza coś słodko-mdłego,
jak gnijące jedzenie w ustach,
jak obietnica, która już się psuje.
czasem czuję coś obcego na dłoniach,
jakby pamiętały pracę,
której nie wykonałem -
jeszcze.
w szafie młotek.
obok różowy bucik.
nie od mojej córki.
nie od nikogo, kogo znam.
w dzienniku zapiski,
które nie są moje:
„nie krzyczała.”
„skóra pod paznokciem.”
„kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.”
litery są równe.
spokojne.
jakby pisane bez pośpiechu.
pod poduszką pukiel włosów.
idealny.
zimny.
jakby jeszcze o czymś pamiętał.
nie wiem czyj.
w nocy śniłem, że śpię.
we śnie śniłem, że wstaję.
obudziłem się w łazience.
nóż do tapet w ręce.
lustro zaparowane.
ktoś narysował na nim
odwróconą trójkę.
znak,
który wyglądał,
jakby zawsze tam był,
tylko czekał, aż zacznę patrzeć.
coś drgnęło za mną.
- tato?
córka stała w drzwiach.
czerwone plamy na jej palcach
pulsowały,
jakby nie były plamami,
tylko miejscami, przez które coś oddycha.
jej spojrzenie było spokojne.
rozumiała więcej,
niż powinna.
- nie wychodź, szepnęła.
rano młotek w kieszeni.
zardzewiały.
ciepły.
jakby oddychał wspomnieniami
poprzednich nocy.
trzymałem go
jakby był mój od zawsze,
pamięta mnie dłużej,
niż ja pamiętam siebie.
na ścianie nowe lustro.
odbicie nie moje.
przechodzę obok.
moje oczy patrzą na mnie,
jakby znały coś,
czego ja jeszcze nie wiem.
moją przyszłość.
czuję już.
coś we mnie patrzy przeze mnie.
coś śni przez moje dłonie,
przez moje ciało,
przez moje dziecko.
coś, co nie jest tylko innym.
coś, co jest mną,
zanim ja sam będę.
coś,
co ma więcej wspomnień z przyszłości
niż ja z przeszłości.
