zanim
na początku nie było nic
ale to nic było pełne
jak jelito koszmaru przed narodzinami światła
które jeszcze nie wie
że będzie koszmarem
nie było światła
światło jest konsekwencją
a tu nie było jeszcze winy
nie było słowa
bo nie było oddzielenia
wszystko w sobie
zlepione
ściśnięte
jak myśl
która jeszcze nie odkleiła się od ciała
to nic oddychało bez powietrza
biło bez serca
ciążyło bez masy
ten potworny embrion bytu
dychał odorem wilgotnej ziemi
i piżmem snu
który jeszcze nie pękł w światło
jak bóg
jeszcze nie zdążył zapomnieć
że nie musi istnieć
absolut cofnięty o jeden krok
przed własną konieczność
ciemne
nie dlatego że brakowało blasku
lecz dlatego
że nie było mu gdzie paść
ciemność nie miała granic
rozlewała się
jak tłuszcz po gorącej patelni bytu
rozlewała się ciężkim
żółtym lśniem
opasłego wołu
rzuconego na rozżarzoną blachę nicości
sycząc wulgarną pieśń stawania się
syczała bez dźwięku,
a w tej gęstwinie
przed-znaczeń wyrósł rdzeń bytu -
zgniłe jądro czasu
pożerając własną nieobecność
i wypluwając świat w postaci ran
nie myśl
nie wola
nie akt
raczej zepsucie doskonałej nieruchomości
nieuleczalna słodycz rozkładu
mleko mętne i ciężkie
nagle przypomina sobie czas
ciało
jeszcze nie wie
że będzie ciałem
napięcie pęczniało
ropa
pod skórą nicości
aż pękło
nie wybuchem
nie światłem
lecz sączeniem
pierwszym wyciekiem istnienia
drgnienie lepkie
ciągnęło się za sobą
ślina
między dwiema chwilami
to drgnienie nie miało sensu
więc było prawdziwe
nicość na chwilę wzięła siebie
za coś
i to wystarczyło
żeby zaczął się ból
zaczęło trwać
a trwanie zaczęło gnić
z gnicia wyłonił się czas
czas nie szedł naprzód
czas kręcił się w sobie
w ciasnych pętlach
i sam siebie pożerał
larwa
w jabłku nicości
istnienie działo się bez tego
kto mógłby je zauważyć
każdy obrót pogrubiał świat
każdy obrót dodawał ciężaru
materia nie przyszła
materia osunęła się
warstwami tłustego pyłu
jak zwęglony łupież gwiazd
osiadający na płucach bytu
lepka,
ciepła
i czarna
od pamięci napięcia
byt zaschnięta lawa czasu
w której każdy wulkaniczny wybuch pamięci
stał się ciemnym kryształem
połyskującym tylko wtedy
gdy światło nie istnieje
a cisza jest ciężka jak
mgła stłoczonej nicości
metafizyka była dreszczem trupa
dławiącego się istnieniem
byt trwał
i jeszcze się nie pytał
aż coś spojrzało
spojrzenie było raną
pierwszym rozcięciem całości
człowiek nie narodził się z miłości
narodził się z pęknięcia
przyniósł pytanie
i pytanie zaczęło fermentować dalej
od tej chwili
świat zaczął żałować
nie istnienia
lecz świadomości
sens oblepił rzeczy
skrzepła krew
sens był wtórnym wszechświatem
wybuchającym wewnątrz świata
czarną dziurą znaczenia
która pożerała rzeczy
zostawiając po nich
tylko nazwy
bogowie pojawili się
jak próby dezynfekcji początku
świat stwardniał
stał się ciężki od wyjaśnień
a jednak
pod każdą nazwą
pod każdym światłem
pod każdym „jest”
wciąż bulgocze
ta pierwotna ropa bytu
czarny język
nie zna alfabetu
nie wie
że mógł się nie zacząć
i dlatego
wciąż rodzi świat
jak ranę
która nie chce się zagoić
