Miłość
Miłość nie jest uczuciem.
Uczucia są lekkie.
Miłość jest operacją,
przeprowadzaną bez znieczulenia
na cudzym układzie nerwowym.
Zaczyna się niewinnie:
od złudzenia,
że ktoś widzi w tobie
coś, czego sam już
nie potrafisz utrzymać.
Miłość to moment,
w którym oddajesz
prawo do definicji siebie
w obce ręce
i nazywasz to zaufaniem.
Ciało wchodzi pierwsze.
Zawsze.
Nie z namiętności.
To biologia jest naiwna:
wierzy, że bliskość oznacza bezpieczeństwo.
Miłość jest eksperymentem,
w którym dwa lęki
udają schronienie.
Mówisz: kocham.
To znaczy:
zaryzykuję, że mnie zniszczysz,
zanim zdążę się wycofać.
Miłość nie chce prawdy.
Prawda jest zbyt niestabilna.
Miłość chce wersji,
którą da się powtarzać
bez rozpadu narracji.
Mylisz ją z przywiązaniem.
Przywiązanie to tylko lęk
wytresowany do powtarzania rytuałów.
Miłość pożera obecność,
ale wymiotuje zmianą.
Chce, żebyś rósł,
ale w granicach,
które nie burzą jej konstrukcji.
To dlatego zaczyna boleć
dokładnie tam,
gdzie zaczynasz być sobą
bardziej niż wcześniej.
Miłość jest przemocą
o miękkim głosie.
Nie uderza.
Ona ustawia warunki,
pod którymi możesz zostać.
A ty się zgadzasz.
Bo samotność wygląda gorzej
niż utrata fragmentów siebie.
Miłość wchodzi w ciało
jak prawo własności.
Z czasem wiesz już,
które gesty są dozwolone,
które spojrzenia wymagają wyjaśnień,
a które myśli
lepiej zostawić bez języka.
Miłość mówi: akceptuję cię.
A potem dodaje szeptem: Dopóki jesteś statyczny.
Miłość nie rozpada się nagle.
Ona eroduje.
Jak skała,
która nie zauważa,
że od dawna
jest już piaskiem.
Najbardziej brutalne w miłości
nie jest jej odejście.
Najbardziej brutalne jest to,
że przez chwilę
naprawdę wierzyłeś,
że twoje istnienie
znalazło świadka.
Miłość kończy się wtedy,
gdy odkrywasz,
że byłeś czytany
jak książka,
której sens miał się nie zmieniać,
a nie jak życie,
które domaga się
ciągłych korekt.
Miłość nie jest zbawieniem.
Jest ryzykiem ontologicznym.
Najdroższym,
bo płacisz za nie
tym, kim mógłbyś się stać,
gdybyś nie musiał
pozostać czytelny
dla kogoś innego.
A jednak wracasz.
Zawsze.
Bo lęk przed wolnością,
która nie ma świadka,
jest większy niż wstręt
do bycia czyimś narzędziem.
Wybierasz bezpieczny kształt klatki
zamiast bezmiaru,
w którym nikt cię nie widzi.
