Pacjent
Ciemność nie zaczyna się po zgaszeniu światła.
Ona zaczyna się w środku powieki.
On siedział naprzeciwko mnie i patrzył tak, jak patrzy ktoś, kto zna moment twojej śmierci, ale jeszcze nie zdradza daty.
Nie ruszał się.
Prawie wcale.
Tylko jego źrenice drżały minimalnie, jakby w nich coś stukało, wierciło się, przesyłało fale chłodu prosto do mojej krwi.
Powietrze wokół nas gęstniało, jakby dźwięki stawały się fizyczne -
ciężkie i szorstkie, jak żwir w płucach.
- Pan już wie, powiedział.
Nie zapytałem: co.
Bo coś we mnie odpowiedziało pierwsze.
Gabinet był za mały.
Ściany piły mój strach,
pulsując w rytmie serca,
którego już nie mam.
Powietrze stało się szkłem - każdy wdech ciął płuca od środka.
Zmysły wariowały.
Czas zaczął pękać.
Słyszałem echo własnych kroków, zanim jeszcze podniosłem stopę. Czułem na skórze dotyk palców,
które dawno powinny być ziemią.
- Stoi pan nad łóżkiem, mówił.
- I czeka, aż oddech stanie się wystarczająco cichy.
Nie pamiętam tamtej nocy.
Pamiętam ciężar w dłoniach.
Pamiętam chłód, który nie należał do mnie.
Zawsze miała zimne dłonie.
Teraz moje palce były obce.
Jakby należały do kogoś,
kto już nie żyje, a jednak wciąż obserwuje, szepcze do ucha coś,
czego nie chcę usłyszeć.
Cień w moim gabinecie nie zgadzał się ze mną.
Kiedy się pochylam - on zostaje wyprostowany.
Kiedy podnoszę głowę - on patrzy w dół.
Raz poruszył ustami sekundę wcześniej niż ja.
Nie powtórzył tego.
Ale wiem, że może.
Może zrobić wszystko, czego nie zrobiłem, zanim zgasło światło.
Córka zapytała,
dlaczego w nocy moje oczy świecą na biało, choć w pokoju nie ma lampy.
- Tato, lubię, jak stoisz nad łóżkiem. Wtedy w ogóle nie mrugasz.
Nigdy.
Twoje oczy są wtedy puste,
jakbyś patrzył przeze mnie na kogoś,
kto stoi za oknem.
Zaczęła pytać, czy pamiętam.
- Pamiętasz, jak stałeś?
- Tak nieruchomo, że bałam się,
że to ty nie oddychasz.
Nie zapytałem więcej.
Jej głos nie zawierał wątpliwości.
Była relacją świadka.
Raz w kieszeni znalazłem coś małego, twardego.
Nie wyciągnąłem.
Czułem przez materiał: guzik.
I nitkę, która wciąż była mokra. Pulsowała pod palcem,
jakby krew w niej uwięziona wciąż próbowała wrócić do serca, które ją wyprodukowało.
I to gorąco, które wdarło się do dłoni.
Zapach metalu i stęchlizny.
Prawie wymiotowałem.
Zrozumiałem: nie znalazłem przedmiotu.
Znalazłem dowód, że moja ręka nie chciała puścić.
Pacjent przestał mówić o sobie.
Mówił wyłącznie o mnie.
- Pan nie krzyczał, powiedział.
- To było najgorsze.
Cisza bywa głośniejsza niż śmierć.
I wtedy pierwszy raz usłyszałem oddech, który nie należał do żadnego z nas.
Trzeci.
Płytki.
Dziecięcy.
Czułem go w żołądku.
Nie spojrzałem pod biurko.
Nie chciałem zobaczyć, co tam siedzi.
Ciemność pod biurkiem nie była brakiem światła.
To była gęsta, czarna wełna,
nasiąknięta czymś lepkim,
która nawijała się na moje kostki, badała, czy w moich żyłach wciąż płynie ciepło.
Chciałem krzyczeć.
Słowa stały się metalem w gardle.
Światło przestało dawać ulgę.
Każdy przedmiot w pokoju był żywy.
Łóżko pamiętało ciężar, podłoga - każdy krok, którego nie zrobiłem.
Ściany oddychały.
Oddychały moim strachem.
Którejś nocy obudził mnie dźwięk.
Nie płacz.
Nie krzyk.
Ciche, regularne uderzanie.
Jakby ktoś małą dłonią pukał od środka w moje żebra, w moje serce, w każdy mięsień.
Nie dochodziło z zewnątrz.
Biło we mnie.
Pulsowało jak mała bomba w środku ciała.
Czułem drżenie powietrza, zapach wilgoci i stali.
Wróciłem do gabinetu wcześniej niż zwykle.
Drzwi zamknięte.
Światło paliło się w środku.
Siedział przy biurku.
Pochylony.
Notował.
- Spóźnił się pan, powiedział, nie podnosząc wzroku.
Na kartce widniało zdanie:
"Milczenie też jest dotykiem ".
Pod spodem mój podpis.
Nie pamiętam, żebym go składał.
Ale charakter pisma był bezbłędny.
Najgorsze nie jest to, że on istnieje.
Najgorsze, że kiedy próbuję przypomnieć sobie tamtą noc,
nie widzę jej twarzy.
Widzę tylko siebie.
Stojącego.
Oddychającego.
Czekającego.
Jakbym sprawdzał, czy naprawdę przestanie.
Teraz nie boję się, że coś wyjdzie z ciemności.
Boję się, że ciemność nic nie ukryje.
Że pokaże dokładnie to, co zrobiłem.
Pacjent siedzi naprzeciwko.
Zawsze siedzi.
Nie musi już mówić.
Ja pamiętam.
A pamięć nie krzyczy.
Ona stoi nad łóżkiem.
I patrzy.
Teraz już nie gaszę światła.
Bo kiedy jest widno, widzę tylko jego. Ale kiedy gaszę… czuję, jak siada na brzegu łóżka.
Materac ugina się pod ciężarem czegoś, co nie ma ciała, ale ma nieskończenie zimne dłonie.
I zaczyna mi nucić to, co ja nuciłem jej, gdy przestawała oddychać.
To nie jest melodia z tego świata.
To echo własnej winy, pulsujące w powietrzu, w ścianach, w każdej komórce ciała.
