Ołowiany kruk
Twoje spojrzenie — jak znak drogowy, co każe wracać szlakiem
Twoja matka mówi: „Zostaw go, to chłopak ciągłym kłopotem”
Ja słyszę szelest skrzydeł, co biją łopotem
Chcę wyrwać się nad dachy, nad hałas, ponad brudną nocą
A ty mówisz szeptem „wróć”, i ziemia wraca z mocą
Niebo pęka jak werbel, powietrze drży od grzmotu
Robię krok do przodu i łamię się w pół od powrotu
Powtarzam sobie: „nie wrócę tam, gdzie krwawiłem ranami”
Ale ty stoisz w progu jak nagłówek losu pisany plamami
Zdjąłem z głowy wątpliwości, jakby były ciężarem w koronie
Wchodzę w ciebie po szyję i czuję, że tonę — w tonie
Gadam do siebie: „mów prosto, nie wchodź w puste słowa
A jednak każde „zostań” przykuwa mnie czystym ołowiem
To stary mechanizm, w kieszeni klucz do nałogu
Przysięgałem nie wracać — już stoję znów na progu
„Nie pisz już, nie dzwoń już” — takie były moje postanowienia
Patrzysz — i każde „nie” rozpada się w pył od płomienia
Sypiesz mi w oczy sól, a ja wciąż proszę o milczenie
Trzymasz mnie za krtań czułością, co pali jak płomienie
Mówię: „Nie zniknę w tobie, nie spadnę w twoje spadanie”
Odpalasz miasto w gardle i świat zaczyna opadanie
„To tylko chemia” — śmiejesz się, wciskając mi kity, ja stoję w neonów koronie
Ta chemia jest chórem, co śpiewa nam psalm na czarnej stronie
Twoje „chodź” brzmi jak wyrok, lecz ładne — prawie się mieni złotem
A ja wyciągam dłoń jak tonący — to dialog z błotem
Mam w klatce piersiowej katedrę, dzwony biją ranami
Każdy dźwięk to Ty, gdy łamiesz przysięgi ustami
Ty mówisz: „dorośnij”, ja mówię: „jestem tylko nocą”
A świt mi tłumaczy rachunek — płacony moją mocą
Bóg w ciszy patrzy, jak gryzę się własnym sumieniem
Ząb za słowo, krew za dotyk — podpisane kamieniem
Dłonie mam jak mapy: rzeki linii, brzegi w żyłach
I zawsze prowadzą w ten sam port — pył na twoich rzęsach
Gdy wchodzisz, powietrze robi się ciężkie jakby było ołowiem
Gdy znikasz, zostaje echo, które milknie
„Uciekaj” — mówi rozsądek, „jesteś diabelnym kłopotem”
„Zostań” — mówi łomot skrzydeł — i tłumaczy łopotem
Powiedziałem sobie: „po wszystkim” — brzmi to we mnie kłamstwem
Bo kiedy stoisz obok, każda przystań jest krótkim zastępstwem
Nie chcę już nosić tych klątw — świecą w świetle ran
Ale każda blizna zna mnie lepiej niż ja siebie sam
Więc słuchaj uważnie, nim pęknie wreszcie cisza
To nie oda, nie bajka — to ogień, co gryzie
Miłość nie jest aniołem — to Pani chirurg w białym welonie
Tnie delikatnie i głęboko — klęczę na kolanie
Miłość nie jest cukrem — nie stoi w bukiecie róż
Podaje się szeptem, a działa jak cichy nóż
Miłość nie jest światłem — to neon nad przepaścią
Błyska „wejdź” i „wyjdź”, a w środku płonie nagą nicością
I jeśli chcesz prawdy, nie będzie lepszych słów
Powiem prosto jak wyrok: miłość to wilk bez kajdan, co gryzie znów i znów.
I znów…..
I znów………
