Kardiolog
W gabinecie ściany mają tachykardię i liszaje.
To nie budynek - to zdychające zwierzę przebrane za architekturę brutalistyczną,
rzeżące według normy PN-EN-ISTNIENIE,
paragraf siedem: utylizacja odroczona, bo księgowość nie zdążyła.
Zapach: ozon, wazelina, złuszczony naskórek
i subtelna nuta „tu już ktoś płakał, ale się zebrał”.
Klamki lepkie od poprzednich pacjentów -
dotykasz ich jak wspólnej relikwii strachu,
jakby każdy zostawił tu coś na pamiątkę:
łokieć, pot, nadzieję, numer telefonu do matki
i plan emerytalny w stanie rozkładu.
Kawa z automatu zimna,
kwaśna jak sumienie urzędnika,
który kiedyś chciał być poetą,
ale trafił do działu „zgony pilne”.
Fetor lęku po trzech zawałach krąży po pokoju
jak pracownik ochrony na umowie śmieciowej:
nie interweniuje,
ale lubi popatrzeć.
Kardiolog siedzi za biurkiem
i przeżuwa wyroki jak niedogotowane podroby.
Mlaska, kręci głową,
jakby to było danie dnia,
a kucharz znowu przesadził z istnieniem.
Głuchy na skowyt mięsa,
odhacza listę strat
jak księgowy apokalipsy
na zastępstwie za kolegę,
który poszedł na zwolnienie z powodu sensu.
Wywija batutą z grawerem koncernu farmaceutycznego:
żyje / zdechło / do zmielenia / do grantów / do statystyki.
Za jego plecami archiwum:
regały z teczkami z osierdzia,
każda opisana numerem PESEL
i datą przydatności do spożycia emocjonalnego.
Na półkach biją jeszcze resztki tętna,
jak szczury w workach po cemencie,
ale system interesuje tylko masa,
bo masa się zgadza w tabeli.
Twarz ma nieruchomą
jak instrukcja obsługi pieca w krematorium,
wydrukowana czcionką Arial,
żeby nie rozpraszać.
Stetoskop na szyi -
zimny pyton z wulkanizowanej gumy,
tresowany na cudze nieszczęścia,
karmiony refundacją.
On już wie.
On zawsze wie o twoim zgonie przed tobą,
bo ma wersję demonstracyjną twojej śmierci
zainstalowaną w źrenicach
i aktualizacje w tle.
- Ktoś pana przysłał? - syczy.
- Bożenka Joanna.
- Z portalu Twoje Wiersze.
- Znam, mruczy,
a w oczach migają mu loginy, hasła, regulaminy
i dożywotnie bany na nadzieję,
jakby cały portal nosił w głowie
w formacie PDF, bez opcji druku.
- Proszę podnieść to coś, co nazywa pan koszulką.
Głos ma suchy jak azbest w płucach starego górnika
i podobnie romantyczny.
- Sprawdzimy, czy dusza ma aktualną homologację,
czy nie była modyfikowana
i czy nie zawiera treści zabronionych.
Krążek stetoskopu przykleja się do skóry
jak pieczęć lakowa
na podaniu o odroczenie egzekucji,
które już zostało rozpatrzone,
ale procedura lubi dotyk.
- Proszę oddychać normalnie.
Normalnie, czyli płytko, bez marzeń
i najlepiej bez metafor.
Serce reaguje jak złodziej przyłapany
w magazynie z napisem:
REALIZM — TYLKO DLA PRACOWNIKÓW.
Przyspiesza, rwie rytm,
tłumaczy się hałasem cywilizacji
jak silnik Diesla wycofany z produkcji
za nadmiar emocji i brak certyfikatu ISO.
- Tu nie chodzi o siłę, cedzi.
- Tu chodzi o tresurę.
To mięso ma siadać, warować
i nie gryźć przyszłości po łydkach.
Przyszłość jest na abonament.
Na monitorze moje życie
jak wykres upadającej giełdy.
Akcje „Jutro” wycofano bez ostrzeżenia,
zostały tylko wspomnienia w wersji demo
z watermarkiem: BŁĄD SYSTEMU / MIŁEGO DNIA / NIE ODPOWIADAJ.
Każdy skurcz to odkliknięta godzina pracy istnienia.
Każdy rozkurcz - podatek od tlenu.
Pauza - kontrola skarbowa.
Cisza - nachalna reklama trumny
z opcją ratalną i darmową dostawą.
Monitor pluje moim życiem
jak paragonem z dyskontu nicości.
Papier jeszcze ciepły,
jakby system przez moment wahał się,
czy naprawdę mnie sprzedać,
czy dorzucić mnie gratis
do większego zakupu śmierci.
„REKLAMACJI NIE UWZGLĘDNIAMY.
DZIĘKUJEMY ZA SKORZYSTANIE Z USŁUGI:
BYCIE-NA-PRÓBĘ-Z-OGRANICZONĄ-LICZBĄ-ODDECHÓW.”
- Ten organ ma tendencję do nadinterpretacji,
mruczy, smarując mnie zimnym śluzem technologii,
jakby nakładał majonez na ontologię.
- Widzę przerost ambicji w lewej komorze
i złogi nadziei.
To się nie rozpuszcza w procedurach.
Pańskie serce to barokowy kościół z żelbetu,
w którym tynk odpada
od nadmiaru niemego krzyku,
a Bóg jest tylko konserwatorem
powierzchni płaskich i harmonogramów.
Zastawki kłapią
jak drzwi do pustej świątyni w poniedziałek rano.
Grzech to złe ciśnienie,
a zbawienie jest poza pakietem podstawowym.
Lekarz rzeźbi głowicą w moim lęku
jakby szukał kodu kreskowego
na samym dnie ontologicznej przepaści.
- Widzi pan ten cień?
To patologiczna wiara w jutro.
Musimy ją wyciąć, zanim się rozmnoży
i zacznie zadawać pytania.
Już widzę tę operację:
marzenia rozłożone na stalowym stole
jak nielegalny towar z zagranicy,
skalpel tnie je na porcje,
żeby żadna nie wystawała poza normę.
To, co się rusza,
lekarz zgniata palcem
jak karalucha na kafelkach ministerstwa zdrowia.
- To tylko odruch pośmiertny sensu.
Proszę się nie przywiązywać.
Przywiązanie nie jest refundowane.
Wydruk EKG jeszcze ciepły,
wilgotny od mojego „dlaczego”.
- Tu powinno być równo jak na cmentarzu wojskowym, mówi ,
a pan improwizuje dżez.
Ten mięsień nie jest od poezji.
Jest od normy, planu i statystyki,
żeby kraj się zgadzał.
Patrzy we mnie bez krwi,
jak urzędnik w duszę
zatrudnioną na umowę o dzieło,
bez składek i bez sensu.
Pompa, zawstydzona nagością,
ustawia się w szeregu
jak dziecko przyłapane na marzeniach
podczas apelu.
- Da się to uregulować.
Chemia. Kastracja marzeń.
Zrobimy z tego szwajcarski mechanizm
w plastikowej obudowie.
Niech pan nie myśli, że to musi coś czuć.
To ma działać
jak pompa ściekowa,
jak paragraf karny,
jak zegar w poczekalni,
który tyka,
choć wszyscy już wiedzą po co.
Długopis skrobie kartę,
piłując moją przyszłość na równe porcje:
Arytmia egzystencjalna.
Nadmiar ironii obronnej.
Niebezpieczna skłonność do sensu.
Recepta.
Biała. Sterylna.
Oficjalna zgoda na trwanie,
pod warunkiem, że nie będę sobą
zbyt wyraźnie i bez przypisu dolnego.
- Proszę wrócić za trzy miesiące.
Jeśli system pana nie wypluje
jak literówki w Excelu.
Wychodzę.
Serce bije w rytmie kodu Morse’a,
nadając raport o kapitulacji.
Jestem naoliwionym błędem statystycznym,
mechanizmem, który przestał pytać
i nauczył się uśmiechać w odpowiednich rubrykach.
Nie żyję.
Realizuję procedurę trwania
w kolejce po śmierć.
Za drzwiami kolejne tętno,
kolejny rytm do spacyfikowania,
kolejny organ, który naiwnie sądził,
że życie to improwizacja,
a nie urzędowy harmonogram
wywozu śmieci wielkogabarytowych.
Moje serce bije ciszej.
Nie ze strachu.
Z doświadczenia.
Nauczyło się, że nadmiar życia
podlega konfiskacie,
a nicość zawsze stempluje kartę gwarancyjną
z szerokim, urzędowym uśmiechem.
