ślady miłości
byli jak dwie rzeki
pod oddzielnym niebem
w obcych ciałach bez wolnego miejsca
nie wiedzieli jeszcze
że głęboko
w czarnej warstwie ziemi
krąży to samo źródło
spotkali się cicho
jak promień
z sąsiedniego okna
na twarzy człowieka
siedzącego od lat w ciemności
wtedy świat przestał być światem
stał się oddechem
ciepłem na krtani
krwią która zmieniła kierunek
nie mieli już dłoni
tylko dwie niestabilne formy światła
których nie wolno dotknąć
miłość odkładała się bezgłośnie
jak rysa w szybie
przez którą wpada słońce
i nie da się jej już zamknąć
ale pod powierzchnią niosła żar
jak tętnica
która nie umie przestać
mówili milczeniem
jedno spojrzenie zamykało zimy od środka
i wszystkie noce
w których słychać
jak kruszy się w człowieku jego własna cisza
potem czas stanął między nimi
pionową ścianą
stacje o martwych numerach
rozstanie nie było słowem
było powolną atrofią światła
przyszła odległość
ciężka jak amputacja
uczyli się żyć resztką
która pamiętała kształt całości
bo całość została
pod obcym tętnem
w cudzej linii życia
miłość nie znika
jest zmianą gęstości istnienia
można zedrzeć imię
spojrzenie
całe dawne życie
ale to co dotknięte
świeci inaczej
wystarczy kurz na dnie szafy
ukos światła na schodach
tamta piosenka
i wraca cały człowiek
jego sposób milczenia
oddech
ręce trzymane w ciemności
ślad nie jest blizną
jest solą w każdej komórce
jest światłem
które przetrwało wszystko co je zgasiło
zamkniętym na dnie ciemnego szkła
czas może wysuszyć rzeki
ale to schodzi głębiej
pod skórę
pod imię
do miejsca
z którego nie można już nic wyrwać
bez rozbijania szkła
i promieniuje z nas po ciemku
