zaułek
miasto wypociło strupiałą skórę
wciska nam twarze w krwawiący beton
dzisiaj jest otwartym brzuchem
rozprutym nocą nożem koparki
śliskie trzewia kanalizacji parują jak świeże mięso na haku
zaułek oddycha parą z kanałów
neony tną siatkówkę na plasterki
świat ma atak padaczki
pieni się na chodnikach
każdy zaułek to zgrzytanie zębów o szkło
tu
gdzie śmietnik rzyga krwią z ubojni
a mur pamięta więcej potu niż modlitw
stoimy blisko
za blisko – aż trzeszczy między nami
brakuje miejsca na oddech
zamykasz oczy
liczę twoje uderzenia serca
raz
dwa
trzy
miasto czeka
powietrze ma smak zużytej waty szklanej
dławi, osiada na dnie płuc
jej płaszcz to skóra którą zdzieram zębami jak z padliny
nasze ciała płoną jak trupy
jest zimno
moje dłonie nie pytają
wchodzą w ciebie jak łom
w zardzewiały zamek
rozrywamy się na pół
moje ciało w twoim
to jedyna szczelina w żelbecie
której jeszcze nie zdążyli zalać
między nami zwarcie
goły kabel pod napięciem
skurcz wykręca palce na biodrach
twoje piersi - dwa ciepłe wzgórza
kładę na nich zmęczoną twarz
pachną słońcem
którego ten zaułek nigdy nie widział
twój pocałunek na mojej szyi
jedyna modlitwa
jaką pamiętam
kiedy wchodzę w ciebie
nie szukam walki
szukam ocalenia
nagle
pustka pod powiekami
tylko krew tętni w uszach
jak daleki pociąg
stajemy się jednym
rzeźbionym z czystego światła
ogniwem
w łańcuchu
który trzyma ten świat
by nie runął nam na głowy
twoje ciało lśni młodością
mały pieprzyk na piersi
blizna na brzuchu
zapach twoich perfum
to chemiczny atak
słodki gaz bojowy w środku rzeźni
kręci się w głowie
chce się wyć do betonu
usta nie mówią
usta to rozszarpana rana
zszywana na brudno w bramie zardzewiałym drutem
tłumiona twoją śliną
bez znieczulenia
na żywca
miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic
ciekawy czy jeszcze drgniemy
jesteśmy jak dwa szczury w tętniącym kanale
które przeoczyło odkażanie
oddech wpada w oddech
miasto dławi się własnym tętnem
próbuje nas wypluć - i nie może
cegły wrzynają się w łopatki
miasto chce nas żywcem wmurować w siebie
pęka tynk pod twoim ciężarem
ściana nie chce być świadkiem
czas wymiotuje pod ścianą skowyczącym echem
wdeptany w asfalt przez tych
co zdążyli nas przeżyć
my jeszcze nie
my jeszcze w sobie
to nie jest czułość
to odruch przetrwania
panika ciała że za chwilę znów będzie samo
noc trzyma nas tylko dlatego
że miasto zapomniało zgasić światła
świt zabierze wszystko co teraz drży
dwoje ludzi przestaje się mieścić we własnej skórze
w zaułku wielkiego miasta
gdzie miłość nie ma imienia
ma tylko puls
temperaturę
i ślady
miasto zliże nas z asfaltu
zanim przełkniemy własny strach
ale ciało zapamięta
tatuaż z twojego jęku
