Wieczór / TX-X
Wieczór nie jest spokojem.
To zawieszenie wyroku, nóż drżący nad czasem, gotów runąć.
Światło gasnie jak iskra w sercu spalonym przez pamięć.
Ostatni żar w popiele snów, których nie chciało się oszczędzać.
Niebo nie zamyka oczu.
Patrzy jak lustro, które wgryza się w krzyk i szept,
które pamięta każdy grzech, każdą ranę.
Siedzą.
Milczą.
Nie z wyboru.
Każde słowo to zapalnik.
Między nimi — pole minowe niewidzialne, gotowe, by trzasnąć.
Nad nimi - dym gęsty jak żal, wciągający w gardło.
W nich - żużel pod popiołem, gotowy eksplodować w płomień.
Jej dłonie nie proszą.
Są napięte jak sprężyny w furii,
paznokcie wbijają się w mięśnie,
modlą się o grzech, o upadek, o wszystko, co pali.
On widzi w jej oczach pożar, co spalił ich sen,
pozostawiając tylko ciała - nienaruszone, lecz napięte jak wulkan.
Palce drżą, nie od LSD, lecz od niej.
Od wspomnienia języka, gorącego jak benzyna,
pleców wyrytych w pamięci jak wyrok bez odwołania.
Cisza między nimi - nie święta.
Bezdech między strzałami, lepka, pulsująca jak krew,
jak nasienie katastrofy, ciemność, która nie lęka się światła.
Patrzą na siebie jak dwie bestie.
Zranione, połączone bólem, który znają tylko one.
Popioły spalonego świata w oczach, gotowość do nowego końca w ciałach.
Skóra szepcze: „poczekaj”.
Serce ryczy: „teraz”.
Palec muska nadgarstek - świat zapada się w siebie.
Wszystko kurczy się do sekundy chorej i pięknej,
gdzie Bóg odwraca wzrok,
a diabeł wstrzymuje oddech,
tęskniąc za miłością i ukojeniem.
Oddechy - ostrza.
Zmysły - wilki gotowe do skoku.
Cienie tańczą jak żyły w ogniu.
Nie kochają się.
Nie pieprzą się.
Wydarzają się — jak burza bez deszczu, sen gryzący do krwi.
Jeszcze nie teraz.
Ale za późno, by się wycofać.
Ona przechyla głowę — wyzwanie.
On — skała przed lawiną.
Serce ryczy: „teraz”.
Ziemia drży.
Bez imienia, bez winy, bez końca — bestia w nich wyrwie się z łańcuchów.
I wtedy — ciało przerywa ciszę: dość.
Ona wstaje, płomień pożerający mrok.
On chwyta jej dłoń jak hak wbijany w skałę.
Ziemia pęka.
Oczy — nie świt.
Żar wulkanu, co nie zna litości, nie zna win.
Nie kroczą w stronę światła.
Oni są światłem.
Dziki, bezimienny ogień.
Pożerają mrok.
Zostaje popiół.
I echo ich ryku w wieczności.
Krzyk o miłość.
