szwy na niebie
lecą na księżyc
ale najpierw przez garderobę
tam ktoś przypina im noc
na rzepy
pył sypią z worków po cemencie
z datą ważności: lipiec sześćdziesiąt dziewięć
z pieczątką "efekt specjalny - nie wdychać zbyt głęboko"
reżyser pali szesnastego papierosa
dłubiąc w zębach wykałaczką z kości słoniowej
otrząsa popiół z marynarki prosto na europę
a peta gasi w popielniczce zrobionej z globusa
i mówi:
panowie historia nie potrzebuje prawdy
historia potrzebuje dobrego oświetlenia
wszechświat to tylko stary dywan
który trzeba porządnie wytrzepać z gwiazd
żeby pod spodem było widać
wyłącznie nasz głód cudów
ten sam który zaspokajamy
wylizując jogurt z wieczka
w oczekiwaniu na zbawienie w promocji
idą po sznurze napiętym między
przepaścią a zachwytem
lekcy jak kłamstwo
ciężcy jak czas antenowy
ktoś zza kamery szepcze:
grawitacja cięta po kosztach
proszę o skok o większej amplitudzie symbolu
żeby naród poczuł lekkość
której nie ma w płucach
Armstrong robi krok
ale najpierw testuje wieczność
na podłodze oznaczonej taśmą
potem już tylko powolne wyćwiczone
udawanie nieskończoności
flaga wbija się w grunt
który drży od klimatyzacji
a orzeł na hełmie
ma jedno skrzydło krótsze
bo odlewy robił krewny scenografa
nieskończoność
ma twarz zmęczonego technika
który za kulisami
reperuje Drogę Mleczną szarą taśmą klejącą
więcej dumy mniej człowieka
więc pompują krok cień milczenie
aż cisza pęka zgrzytem styropianu
dźwiękowiec natychmiast wyrównuje poziom pustki
na ziemi
a prawda leży w kącie
jak oskórowany anioł
którego nikt nie chce ubrać
bo kostiumy mają lepsze fasony
niż naga rzeczywistość
łykamy ten kosmos jak przeterminowany tran
który ma nas uleczyć z lęku przed własnym cieniem
choć wiemy że gwiazdy to tylko odpryski emalii
z wanny w której rdzewieje milczenie
w studiu noc zaczyna się łuszczyć
krawędź odchodzi od krawędzi
jakby ktoś źle przykleił wszechświat na ślinę
technik zbiera gwiazdy do wiadra
z napisem: "do użycia przy kolejnych apokalipsach"
scenograf pyta:
a jeśli ktoś zauważy szwy na niebie?
reżyser śmieje się jak bóg
który właśnie dostał przelew
i mówi spokojnie:
jeśli nie uwierzą to i tak będą chcieli uwierzyć
bo prawda nie ma dekoracji
a człowiek bez dekoracji zaczyna widzieć własne dłonie
w których odbija się księżyc
jak bańka mydlana pełna pyłu i powietrza
a tego nie przewiduje scenariusz
dokręcają śruby
w hełmach
w narracji
w historii
aż głowy idealnie pasują
do środka kłamstwa
gdy kończą gaszą księżyc
światło znika
zostaje tylko swąd spalonych bezpieczników
i lekki niepokój
że może nie chodziło o to czy tam byli
tylko o to jak bardzo brakowało nam oklasków
wypatrują sygnału z góry
z orbity z nieskończoności
a wszechświat to tylko czarna skrzynka
którą ktoś wyrzucił na śmietnik historii
z napisem: brak części zamiennych do duszy
reżyser zwija niebo w rulon
pod pachę bierze gwiazdy jak zbite bombki
i wypluwa na podłogę ostatni łyk prawdy
która smakuje jak ciepła woda z kranu
w mieście gdzie dawno odcięto rury
gdy kupujemy bilet na seans
w którym jedynym efektem specjalnym
jest nasze własne naiwne: jeszcze raz
że każdy krok był tylko cieniem
który uczy patrzeć w próżnię
wszyscy jesteśmy tylko powidokiem po żarówce
którą ktoś wykręcił zbyt brutalnie
zostawiając w siatkówce oka dziurę w kształcie cudu
przez którą teraz wycieka nam reszta świata
prosto w piasek pod stopami
którego nie ma
aż w końcu ktoś na ziemi
podnosi wzrok i widzi nie księżyc
tylko własny pokój
zagracony nadziejami
i zaczyna klaskać
bo w świecie iluzji
tylko to klaskanie jest prawdziwe
jedyny dowód na to
że wciąż mamy dłonie
choć już dawno
starliśmy z nich linie papilarne
o szorstki papier ścierny cudzych snów
