Ewangelia sekwencji niespiesznych. Esej o wierze w jazz
– Louis Armstrong
Świat, w którym przyszło nam oddychać, przypomina czasem nazbyt gęsty, archaiczny manuskrypt. Jest pełen surowych nakazów, niepodważalnych dogmatów i ciężkich, marmurowych prawd, które każą nam klękać przed ołtarzami powagi. Społeczeństwo, sformatowane w ramy powinności, przypomina chór śpiewający z góry narzuconą, minorową partyturę.
Co jednak z tymi, którzy w tym spiżowym porządku dostrzegają jedynie sztuczność? Co z wędrowcami, dla których jedyną autentyczną świątynią staje się wolność od rygoru? Dla nich rodzi się prywatna, intymna doktryna – wiara w lekkość, w uśmiech i w święty spokój.
– Moja wiara to jazz. Nie jest to religia spisana na pergaminach, nie potrzebuje katedr o strzelistych wieżach ani chłodnych, kadzidlanych dymów. Moje tablice przykazań są czyste, a ich biel nie rani oczu zakazami. Ta osobista filozofia to nic innego jak zgoda na to, że wszechświat bywa cudownie niedoskonały, a próba wtłoczenia go w ryzy absolutnej logiki jest jak łapanie wiatru w jedwabne sieci. To egzystencjalne wzruszenie ramion, które nie jest jednak przejawem obojętności, lecz najwyższą formą akceptacji chaosu. Tam, gdzie inni wznoszą mury z nakazów, wyznawca lekkości buduje mosty z uśmiechu. Śmiech bywa przecież najdoskonalszym pancerzem przeciwko tyranii codzienności. Jest jak złoty pył, który rzucony na szare, zardzewiałe tryby rutyny, pozwala im kręcić się bez bolesnego zgrzytu.
W tej przestrzeni myśli nie ma miejsca na fałszywy patos. Kiedy rzeczywistość zaczyna zbyt głośno pobrzękiwać swoimi łańcuchami, nakładam na uszy niewidzialne słuchawki. Moją muzyką jest jazz. Cóż to za symfonia? To partytura skomponowana z szumu drzew, które nie pytają o sens swojego istnienia, z niespiesznego rytmu kroków na pustej drodze i z cichego westchnienia ulgi po ciężkim dniu. Ten wewnętrzny utwór nie posiada ciężkich, orkiestrowych akordów winy ani skomplikowanych, polifonicznych pasaży lęku. To jazzowy, improwizowany zapis chwili – czysty, synkopowany rytm wolności. Gra w tle każdej minuty, w której pozwalam sobie po prostu być, zamiast bezustannie stawać się kimś według cudzego przepisu.
Życie pozbawione sztywnych dogmatów staje się lżejsze, niczym pióro zagubione przez ptaka w pełnym słońcu. Pozwala dryfować po oceanie zdarzeń z radosną ciekawością dziecka, a nie ze strachem nawigatora, który zgubił przestarzałe mapy. Kiedy zdejmiemy z barków ciężar absolutnych oczywistości, okazuje się, że świat mieni się tysiącem odcieni, których wcześniej nie dostrzegaliśmy zza grubych szyb doktryn.
W ostatecznym rozrachunku, to właśnie ten cichy, synkopowany hymn ratuje nas przed skostnieniem serca. Pozwala spojrzeć w lustro codzienności z mrugnięciem oka. Bo gdy umie się śmiać z samego siebie i z powagi tej rzeczywistości, zyskuje się klucz do jedynego prawdziwego raju, jaki jest nam dany na ziemi: do raju świętego, niczym niezmąconego spokoju.
~ Pióro Amora ~
© XXVI.V.MMXXVI
