Myśl na parapecie
Czego wy ode mnie chcecie?
Żem ja podła, zła, przewrotna?
Nieprzyjemna, wręcz wymiotna?
Wybuchowa jak armata?
Przemądrzała i kudłata?
Że do zguby wciąż was wiodę?
Poję octem, słodzę miodem?
Przez co krew wam żyły szarpie,
tak jak w wannie żywe karpie
chlapiąc wodą w dzień wigilii,
robią spektakl dla familii?
Nie! Kochani daję słowo,
to nie fair jest i niezdrowo.
Ja choć jestem raczej mała,
też bym chciała być wspaniała.
Nie jak gamoń i sierota,
a najbardziej chcę być złota,
powtarzana raz za razem,
co dla serc jest drogowskazem.
Lub ideą w dzień ponury
co stal kruszy, oraz mury.
I refleksją w pełnym stanie,
nad życiem i przemijaniem.
A wy na mnie napadacie
i za podły bubel macie.
To nikczemność moi mili,
wyście mnie wszak wymyślili.
