Bez świadków
Zimno wchodzi pierwsze.
Powietrze brudne jak pamięć,
która nie należy już do nikogo.
Ona pali, obojętna.
On stoi obok - już nieobecny.
Pod paznokciami czarny pył.
Na dłoniach noc,
która nie zeszła do końca.
Schody pracują pod butem -
suche pęknięcia w pionie.
Drzwi:
metal, fakt, chłód.
Cisza jest blisko.
Oddech za blisko.
Na parapecie pióro.
Martwy przecinek w środku niczego.
Ktoś próbował mówić i
połamał język o ciszę.
Ciało wchodzi w ciało bez pytania.
To była próba generalna śmierci:
bez widowni, bez sensu.
Ciała użyte
jak rekwizyty ciszy.
Nie ma muzyki.
Znaczenie zostało na zewnątrz,
razem z imionami.
W ustach pot i kurz klatki schodowej.
Palce trafiają w ciało,
które się cofa.
Pod skórą coś bije
jak serce po bójce —
za głośno, za krótko.
Ból, który wystarcza,
żeby świat się nie rozpadł.
Zgrzyt zębów.
Pot.
Uderzenie w ścianę -
nie za mocne.
wystarczające.
Nie gniew -
tylko waga istnienia, przygniatająca do ściany.
Wszechświat zaciska się
do pętli na tętnicach.
To nie jest miłość.
To nawet nie jest pragnienie.
To napięcie,
rytm,
teraz,
które nie ma przyszłości ani przeszłości.
Zegary w całym mieście
stają na chwilę,
żeby ich nie liczyć.
Potem nic.
A „nic” nadal trwa.
Ona wychodzi pierwsza.
On zostaje pusty,
jak miejsce po zdaniu, które nie powinno było powstać.
W przedpokoju brzęczy lodówka.
Trawi ciszę.
W rurach coś stuka.
Ktoś spuścił wodę piętro wyżej.
Zegar potyka się o następną minutę.
Nie ma kogo budzić.
Świat wykonuje swoje czynności bez świadków.
Zabrakło ich dla nich samych.
Nawet grzech byłby tu jakąś nadzieją.
Ale Bóg też wyszedł przed nimi.
Bez słowa.
