zapadnięcie
padło słowo zbędne
jak gwóźdź w sercu
które jeszcze nie przestało wierzyć
miłość stała między nami
zwierzę wyciągnięte spod gruzów
w pyle cudzych decyzji
żyła
patrzyła
wiedziała że nikt jej nie obroni
twoje zdania miały temperaturę popiołu
moje milczenie przyszło za późno
jak bandaż do ciała
które nauczyło się umierać
zapłonęliśmy natychmiast
bez sekundy na ocalenie języka
zanim podpalił powietrze
słowa ciekły po podłodze
wżerały się w słoje parkietu jak kwas
nie znały źródła
nie rozumiały dlaczego nikt ich nie tamuje
miłość chodziła po pokoju
rozszarpana
brudna
bez miejsca żeby się położyć
milczenie wciągało brzuch
jak lekarz na wojnie
bez narzędzi
zostaje - bo odejść byłoby grzechem
kiedy wyszłaś
powietrze zapadło się do środka
wyrwane ściany płuc
został oddech - kaszel po pożarze
najgorsze nie było odejście
ale to że ona widziała jak ją porzucamy
ranne zwierzę
którego nie mieliśmy odwagi dobić
noszę cię w sobie
otwartą ranę która milczy
bo nauczyła się że nikt nie przychodzi
schylam się nad sobą i widzę:
to nie ty odeszłaś
to ja zostałem z tym co jeszcze oddychało
kiedy otwierałem ręce
