parking
pod lampą sodową
światło sieka asfalt, metal i skórę.
nie zna imion.
ciała potrzebują siebie.
zderzają się jak przedmioty w wolnym spadku.
asfalt oddaje ciepło
z bezwładnością materii martwej.
olej.
deszcz.
kurz.
chemia prowizorycznego świata.
paznokcie prują nylon
opuszki zdzierane na lakierze.
pracuje bark. udo. tarcie.
współczynnik oporu skóry.
mokrej od płynów o zmiennej lepkości.
skóra – strefa zgniotu bez gwarancji.
bez granic.
przechodnie mijają.
ktoś niesie chleb.
ktoś psa.
ktoś nic.
ciało powtarza sekwencję
sprzed kodu,
sprzed błędu w systemie,
sprzed „dlaczego”.
metal chłonie dźwięki.
lampy migają
nie dlatego, że patrzą,
z przeciążenia obwodu.
rozlany olej przekładniowy
czarny przebieg
wcierany w lędźwia jak smar.
dwa ciała
rozrywane nawzajem.
wciskające się w siebie
jak język w otwartą ranę.
bez śladu w rejestrze.
czas
zgięty w pół
jak tablica rejestracyjna
po uderzeniu w mur.
w fazie schładzania
nie ma pożegnania.
jest tylko korekta pozycji świata.
parking zostaje.
kosmos nie odnotował zmian.
asfalt przyjmuje ślady
i natychmiast je zapomina.
jak ciało.
jak miasto.
jak wszystko.
zęby zaciśnięte
na zimnym kluczu,
który nie otwiera niczego
poza bólem.
