Psychiatra
W poczekalni pachnie lękiem, kawą
i lekko zwietrzałą rzeczywistością,
którą ktoś chyba rozpuścił w kubku z melisą,
żeby pacjenci łatwiej zapomnieli, kim są.
Powietrze jest tak ciężkie, że gdybym wziął głębszy oddech, pewnie musiałbym prosić o pozwolenie budowlane.
Ciężkie tak, że gdybym kichnął, pewnie dostałbym mandat za naruszenie konstrukcji nośnej rzeczywistości.
Siadam na krześle, które skrzypi
jak sumienie po długiej nocy.
Nad głową plakat:
“Twoje myśli – nasza pasja.”
Brzmi jak motto piekarni,
która wypieka sny na twardo.
Wreszcie wchodzi ona,
cała złożona z elegancji i chemii mózgowej,
z taką kobiecą pewnością ruchu, jakby weszła tu tylko po to,
żeby ustawić Wszechświat pod odpowiednim kątem światła.
Szpilki w kolorze ust.
Usta w kolorze milości.
Miłość w kolorze błękitu.
Psychiatra.
Czarny pas z rozmów trudnych,
pół-bogini neuronów,
pół-urzędniczka emocji,
człowiek, który nawet cień potrafi zdiagnozować.
Patrzy na mnie tak uważnie,
jakby próbowała wyłowić moje myśli siatką na motyle,
ale taką do połowu gigantycznych, świecących mutantów.
- Proszę usiąść, mówi łagodnie,
tak łagodnie, że mam ochotę od razu powiedzieć
wszystko, łącznie z tym, że w 2004 ukradłem bratu jogurt
i do dziś mnie to męczy jak filozofa po nieudanym haiku.
I spogląda na mnie zmysłowymi oczami,
jakby właśnie otwierała książkę,
którą kiedyś napisałem w dzieciństwie,
ale zapomniałem ją opublikować.
- Co pana sprowadza?
Ton jak u egzorcystki,
który już wie, że w środku siedzi demon,
pije kakao i udaje krzesło.
Zaczynam mówić.
Słowa wysypują się ze mnie
jak klocki Lego,
które mają osobny dział w piekle dla dorosłych.
Psychiatra notuje.
Notuje tak szybko,
jakby rysowała mapę mojego kosmosu,
ale coraz bardziej jej wychodzi
plan ewakuacji.
- Widzi pan, mówi po chwili,
tu jest lęk uogólniony,
tu poczucie winy,
tu myśli natrętne,
a to… - wskazuje na mój opis życia
jak badacz na dziwne znalezisko w lesie -
…to wygląda jak opuszczony plac zabaw.
Nagle jej oczy błyszczą.
Tak błyszczą, jak oczy dentysty,
który właśnie znalazł kanał do UNESCO.
- Proszę pana…
to, co pan ma w tym swoim umyśle,
to jest…fenomen!
Nachyla się nade mną jak muzealniczka
nad wypchanym mamutem.
- Gdybyśmy żyli w średniowieczu,
pana lęki byłyby świętymi relikwiami.
To jest sztuka!
Neuronalny barok!
Gotyk rozpaczy!
Polifonia paniki !
Ja czuję, że zaraz rozpłaczę się śmiechem
albo śmiech rozleje się we mnie jak depresja na promocji.
- Musimy zrobić porządek, mówi nagle.
Ton jak chirurg, który zaraz wytnie z ciebie cały średniowieczny teatr moralitetów.
Wyciąga receptę.
Kartkę, która wygląda
jak bilet wstępu do lepszego świata,
ale bez miejsc siedzących.
- Przepiszę panu coś,
co przytuli pana od środka.
Serotonina w tabletkach,
takie czułe aniołki dla mózgu.
Pisze, pisze, pisze,
jakby przepowiadała mi los.
Jakby wróżyła z farmakologicznej kuli.
W końcu patrzy na mnie z uśmiechem,
który mógłaby uleczyć pół miasta
albo wywołać panikę w drugiej połowie.
- Proszę przyjść za miesiąc.
Zobaczymy,
czy pańska dusza wróciła na swoje miejsce,
czy nadal próbuje wynająć mieszkanie gdzieś indziej.
Moje myśli...
Myśli zaczęły mi się plątać tak dziko,
jakby w mojej głowie
odbywał się maraton chomików po energetykach,
każdy z nich z dyplomem z filozofii i kryzysem egzystencjalnym w łapce.
Wychodzę.
Korytarz faluje jakby rzeczywistość była dmuchanym materacem
nadmuchanym przez poetę z astmą.
A ja kołyszę się lekko, jakby sam Wszechświat
też brał udział w terapii
i dopiero próbował zdecydować,
kim chce zostać w przyszłym tygodniu.
Zamykają się za mną drzwi gabinetu,
a ona już wita następnego pacjenta -
z tą samą uwagą i czułością,
jak kolekcjoner motyli, który wie,
że zaraz zobaczy kolejny piękny, drżący,
trochę zniszczony, ale absolutnie niepowtarzalny egzemplarz.
Idę dalej korytarzem
i czuję, że coś we mnie ucichło -
nie zniknęło, ale zmieniło kształt,
jakby w środku zgasły ekrany
zapowiadające mój prywatny Armagedon.
