Dermatolog
W gabinecie pachnie kremem, sterylnością
i czymś jeszcze - jakby ktoś w powietrzu utarł proszek
z cudzych kompleksów i starego naskórka.
Siadam na krześle, które wygląda,
jakby ktoś zaprojektował je w piekle dla ludzi
z lękiem przed własną skórą.
Wchodzi on.
Dermatolog.
Bogini i bóg w jednym - prorok od naskórka.
Gładki jak skóra reklamy La Mer,
oczy świecą mu jak dwa lasery
do wypalania wstydu z człowieka.
- Proszę odsłonić, mówi łagodnie,
głosem kogoś, kto za chwilę będzie oglądał twoją duszę
przez mikroskop i liczył twoje zmarszczki
jak pierścienie w pniu starego drzewa.
Badanie zaczyna się dotykiem,
delikatnym jak skrzydło motyla,
ale z konsekwencją kata,
który szuka idealnego miejsca,
żeby wbić wyrok.
- Co my tu mamy…, szepcze,
pochylając się z zachwytem,
jakby badał freski w kaplicy sykstyńskiej,
a nie moje plecy po lecie bez kremu.
Palcem odchyla pieprzyk,
jakby to był skarb ukryty pod ziemią.
- Cudowne, wzdycha.
- To wygląda jak drobny meteoryt,
który spadł panu na skórę.
Takie kształty nie zdarzają się codziennie.
Może w Toskanii!
Ale w Polsce?
To jest poezja melanocytów!
Czuję, jak moje ciało próbuje uciec
w swoją własną gęstość,
jak jeż, który zwija się w kulę
i udaje, że nie istnieje.
A on tymczasem bierze lupę,
wielką jak oko kosmicznego satelity,
i patrzy na mnie, jakby chciał odczytać horoskop
z mapy moich znamion.
- Oho… , mruczy nagle,
tonem konesera wina,
który trafił na rocznik marzeń.
- Ten pieprzyk…
To jest jak malutka Mona Lisa.
Z taką delikatną, niepokojącą aurą.
Gdybym był malarzem…
namalowałbym ją tysiąc razy.
W tym momencie czuję,
że moje plecy chcą popełnić emigrację.
Wyszłoby im.
Ja bym został.
One - nie.
- A to znamionko…,przepiękne.
- Proszę spojrzeć,
jak żyje w porach skóry,
jak oddycha, jak tańczy!
Jakbym patrzył na mały wszechświat,
zamknięty w pigmentach.
Gdyby mógł,
powiesiłby moje pieprzyki
na ścianie gabinetu
obok certyfikatów,
jak galerię cudów
pt. „Skórna sztuka użytkowa”.
- Trzeba to usunąć, mówi nagle,
jakby wyrwał się z ekstazy.
- Takie piękne rzeczy…,
nie mogą za długo żyć.
Zaczynają wariować.
Wyjmuje skalpel,
gładki jak wydłużony księżyc.
Dotyka skóry tak czułe,
że aż mnie boli.
- Proszę się nie martwić, mówi.
- Zrobię to najdelikatniej,
jakby zdejmował pan z jabłka
ostatni listek jesieni.
A potem…
cięcie.
Świat rozsuwa się jak firanka,
boli jak mała apokalipsa.
Gdy kończy,
klepie mnie po ramieniu,
jakby gratulował mi Oscarów
za najlepsze znamiona roku.
- Przepięknie pan współpracował.
Wspaniała skóra.
Inspirująca.
Proszę wrócić za pół roku.
Chcę zobaczyć,
co nowego w pana galaktyce.
Wychodzę.
Moja skóra mrowi,
jakby próbowała mi coś powiedzieć.
Za mną zamykają się drzwi,
a dermatolog już wita następnego,
uśmiechając się jak kustosz muzeum,
który właśnie dostał kolejną dostawę
żywej sztuki do katalogowania.
