Pożądanie
Pożądanie nie ma alfabetu.
Mówi chrząstką, zgrzytem krwi o krew, sygnałem dymnym wysyłanym z dna czaszki.
Nie rodzi się w sercu.
Serce jest za miękkie.
Zaczyna się tam, gdzie myśl traci obywatelstwo
i nikt nie wystawia dokumentów.
Gdzie sens zostaje cofnięty do granicy,
a język łamie kark na pierwszej samogłosce.
To teraźniejszość bez pamięci.
Nie zna wczoraj.
Nie uznaje jutra.
Jest „teraz”, które gryzie i nie puszcza,
dopóki nie sprawdzi, co dokładnie pęknie.
Wchodzi jak impuls,
którego mózg nie zdążył przetłumaczyć na znaczenie.
Wchodzi w język i niszczy mu składnię.
Nie chce dotyku.
Chce złamania ciągłości.
Nie chce bliskości.
Szuka miejsca, w którym „ja” traci szczelność
i zaczyna cieknąć — nie metaforą,
lecz uszkodzeniem.
Echo zostaje w czaszce.
Nie jako wspomnienie.
Jako defekt.
Modlitwa przy nim nie umiera.
Mutuje.
Przestaje prosić.
Zaczyna sprawdzać,
czy Bóg jeszcze reaguje na ból.
Jeśli nie reaguje -
pożądanie uznaje to za zgodę
i zmienia adresata.
To herezja ciała,
ale przede wszystkim zdrada umysłu,
który myślał, że panuje.
Rozpala się przed przyczyną.
Jak wojskowy pucz w państwie neuronów —
bez ostrzeżenia, bez komunikatu.
Jak ogień, który nie ogrzewa,
tylko testuje,
co jeszcze da się spalić
i co będzie krzyczeć dłużej.
Nie mówi: chodź.
Mówi: sprawdź.
Nie chce szczęścia.
Szczęście jest narracją obronną.
Pożądanie chce dowodu,
że można zniszczyć
i nadal oddychać.
I nagle wszystko staje się próbą:
moralność,
imię,
twarz w lustrze,
która jeszcze udaje, że nie wie.
Grzech? Tak.
Bo po nim nie ma winy.
Jest tylko wiedza.
A wiedza, raz zdobyta,
nie daje się rozstrzelać.
Pożądanie nie kończy się spełnieniem.
Spełnienie to mit dla tych,
którzy wierzą w koniec.
Pożądanie kończy się wtedy,
gdy patrzysz na własne dłonie
i nie potrafisz już rozpoznać,
kto kogo karmił
i czyja to była paszcza.
