studium rozpadu cz. I - istnienie
na początku nie było mnie
był tylko nadmiar światła
przelewający się przez krawędzie nicości
jak mleko bogów
które skwaśniało od nadmiaru trwania
ktoś mnie z niego wycisnął
jak brudne światło przez płótno
i nazwał tak
jak nazywa się amputowane części które nie mogą wrócić do ciała
jestem tylko sińcem na gardle nicości
który przez pomyłkę nauczył się imienia
więc jestem
resztką po absolutnym nasyceniu
osadem po wieczności
która nie udźwignęła własnej pełni
mówią: z Boga
ale jeśli tak
to jestem jego krwawiącym przypisem
miejscem w którym nieskończoność
po raz pierwszy poczuła granicę
noszę ją w sobie jak cierń światła
jak gorzki pył stworzenia
który osiada na języku
ilekroć próbuję powiedzieć "jestem”
czas nie płynie
czas fermentuje we mnie
jak wino zamknięte w ciele
które nie było przygotowane na jego ciężar
i każda chwila
jest tylko krwotokiem czasu
przez który wycieka sens
gęsty nie do zatamowania
kochałem
i to było jak próba zszycia dwóch ran
cudzą skórą która nie chciała przyjąć mojego bólu
bo miłość to tylko głód całości
w świecie który potrafi już tylko pękać
więc każde dotknięcie
jest jak lizanie rany stworzenia
słodkie i nieodwracalne
bo przywraca pamięć o całości
której nie da się już zamknąć
chodzę więc dalej
rdzawy nalot na ostrzu nieskończoności
w skórze która jest tylko źle zagojonym brzegiem wieczności
w tym mięsie które gnije powoli
parując słodkim sensem
a jeśli coś zostanie
to nie imię
nie ciało
nawet nie echo
tylko napięcie
jak po zerwanej strunie
które jeszcze drży
choć nikt już nie pamięta melodii
więc istnieję
jak rana która nauczyła się śnić
jak fragment boga który zgubił swoją nieskończoność
i teraz świeci tylko tyle
ile wystarczy żeby wiedzieć
że kiedyś było więcej
