jak trucizna przed snem
po rozpalonych węglach
i choć stopy jeszcze
parzą moje serce
bezustannie w duszy
poszukuję nowych zmiennych
nie chcę słuchać już
co było tak namiętne
myśli porywa wiatr
na powiekach osiadł kurz
sny stają się coraz cięższe
zapowiadał się hit
a wyszło jak zawsze
byliśmy dla siebie
jak trucizna przed snem
ponownie uczę się chodzić
po cienkiej linii jutra
z kieszeni wypadają imiona
których już nie podnoszę
bo każde brzmi jak echo
nie moim głosem
liczę kroki od nowa
bez map i obietnic
noc przyklejona do ramion
jak mokry płaszcz
a ja udaję, że deszcz
to tylko kolejna próba
może kiedyś z tych popiołów
ulepię sens prostszy niż strach
nie będzie hitem ani klęską
tylko chwilą bez ciężaru
w której trucizna wyparuje
zanim zdążę zasnąć
