piękny umysł
w szarych komórkach
gdzie czas neuronami
wolniej nam płynie
brakuje Słońca
dotyku dłoni
spojrzenia w oczy
niczyje
tu każdy dzień
szeptem szeleści
i z troską po korytarzu
niczym po krzyżu
snuje widzenia
siedzę w kącie
z ukochaną apatią
słucham, jak oddycha
między myślą a lękiem
jak koi drżenie ścian
i uczy mnie imion
na wszystko, co boli
ona nie pyta o jutro
nie liczy strat
kładzie dłoń na czole
i mówi: trwaj
to ja trwam
w półświetle
gdzie serce jeszcze pamięta
ciepło Słońca
choć oczy widzą noc
i tylko cisza zostaje
wierna jak oddech
aż słowo znów odważy się
wyjść z cienia
i nazwać mnie żywym
