w rozdartej kieszeni
w odór nagości nieświeży
wrogi temu wszystkiemu
nadal kocham cię jeszcze
po liniach nierównych, co bieży
ma krew niespokojnie tętniąca
na odrodzenia zrąb pusty
kamień składam dziś pierwszy
w wielkiej płycie zamknięty
niechaj się w lochu wyuczę
miłości, jaka wtóruje
łańcuchom dzwoniącym
w ciszy
czas tu nie płynie lecz kapie
jak woda z sufitu na kości
i każdy dzień jest tym samym
tylko na przekór - po złości
choć miasto jak rdza się rozlewa
po krawędziach bram milczących
a światło w kałużach dojrzewa
do rzeczy, których sam nie znam
idę przez szum dyskretnie
mijam sen, co udaje dom
i trzymam w kieszeni rozdartej
twoje: żegnam! - pardon!
