dwoje skrzydeł
i nad falami unosić się łonie
gdzie szczątki statku nadmorskich burz
nie marzą już, nie walczą już
siłą rzucone na rozległe stepy
skarg nie składają w niebiosa
milkną bezwstydnie wśród piany morza
tam, gdzie horyzont się chowa
swobodna myśl gna jak ptaszyna
w iskrzące błękitów półkola
dziś dla mnie błyska latarnia czerwona
wśród łez wzburzonych szalenie
jakby te skrzydła naprawdę mieć dane
nie tylko na jawie, a w śnie, który drży
to każde upadki, choć w ból są wpisane
zmienić by można na lot zamiast łzy
