Dziewczynki z asfaltu
Na poboczu, tam, gdzie dzień i noc mieszają się
jak świeża krew w brudnej filiżance, stoją – „dziewczynki”,
twarze ich oświetlone reflektorami
jak manekiny z wystawy grzechów, które ktoś zostawił,
żeby lśniły w ciemności jak lodowate diamenty z krwi i kurzu.
Śmieją się cienko, śmiechem sprzedawanym na minuty,
który odbija się od asfaltu jak plastikowa zabawka
zmiażdżona przez ciężarówkę,
i pęka w tysiąc dźwięków, które drżą w powietrzu,
nie dla ucha, ale dla ciała, które czuje ciepło rozpadu.
Kierowcy – rycerze szos
z rdzą kilometrów w sercu –
mylą pożądanie z wybawieniem, zatrzymują się nagle,
jakby samotność wskoczyła na maskę i wbiła pazury
w światło reflektorów,
jakby śmierć przyszła po swoje w najprostszej formie: dotyku.
Wsiadają w tę ciemność jak w automat z losami,
które zawsze wygrywają klątwę – lepka, śmierdząca klątwa,
która przywiera do skóry jak cień po pożarze,
jak sół w ranie, co nigdy nie przestaje szczypać,
jak szron, który zamarza w żyłach, wstrzymując oddech.
A choroby wracają z nimi jak czarne gołębie,
z piórami pełnymi szeptów i trucizny,
które nocą siadają żonie na ramieniu,
dziobią jej zaufanie do kości,
zamieniają ciepło w pył, zimno w ból,
i wciągają w siebie kawałki serca,
tak, że bije nie tam, gdzie trzeba,
a krzyczy tam, gdzie nie ma słów.
Wracają do domów z „pamiątkami” tak egzotycznymi,
że nawet wirusy zadają pytania:
kto tu zwariował naprawdę?
Patrzą w lustro z osłupieniem – nie poznają twarzy,
która przed chwilą wciąż miała ciało,
teraz wypełnione chemicznym oddechem ulicy,
i światem, który twardo depcze po duszy.
W kuchni żona pyta: „Dlaczego znowu unikasz światła?”
Nie wie, że mąż przywiózł spod znaku kilometra ruinę,
starannie zapakowaną w milczenie i perfumy obcej skóry,
w spalone wspomnienia, które pachną popiołem i krwią,
i zostawiają na rękach rany, których nikt nie umie obmyć.
Moralność leży na poboczu jak potrącony lis –
wszyscy widzą, nikt się nie zatrzymuje,
wszyscy patrzą, jakby zło było oczywistością,
jakby czekało na kurs życia w przyspieszonym tempie,
jakby każdy błąd był tylko kolejnym kliknięciem
w automacie cierpienia.
„Dziewczynki” stoją dalej, przetrwanie nauczyło je cierpliwości,
jakby były latarniami z żarzącymi się żarówkami bólu,
postawionymi, by oświetlały cudzy upadek,
jakby nad każdą z nich wisiał anioł z wyrwanymi skrzydłami,
trzymający w dłoniach ich los jak garść czarnego pyłu –
i za każdym razem, gdy sprzedają dotyk,
ten anioł dmucha w ten pył,
rozsiewając go po świecie jak zarazę cudzego grzechu,
aby każdy grzech odbił się w ich oczach jak ostrze stali.
Liczą pieniądze, jakby przeliczały własną niewidzialność,
a świat mija je z prędkością wstydu udającego pośpiech,
jakby wszyscy byli ślepi, głusi i martwi jednocześnie.
I tylko noc – wielka, czarna gospodyni samochodowych grzechów –
poleruje gwiazdy, zamienia je w lustra ludzkich win,
i patrzy, jak ludzie sprzedają sumienia za chwilę dotyku,
zimną jak moneta wyjęta z błota,
twardą jak kamień, którym rozbijają własne serca.
Małżeństwo kruszy się jak witraż uderzony kamieniem cudzej skóry –
kolory uczuć rozsypują się w kurz,
nie ma już przez co przejść światłu,
bo wszystko, co było, zostało odarte z delikatności,
pozostały tylko ostre krawędzie, które tną duszę.
Cały ten teatr kręci się dalej,
jakby ktoś nakręcił go kluczykiem od stacyjki,
aktorzy nie wiedzą, że grają w tragedii,
i że scenariusz pisze noc, która nigdy nie kładzie się spać,
której oczy widzą wszystko, a serce nie zna litości.
Nikt tu nie jest diabłem, ale każdy niesie iskrę,
która może podpalić dom, życie, twarz w lustrze,
i w tym ogniu ujawni się prawda – surowa, bezlitosna,
ostra jak brzytwa.
Bo na poboczu, przy asfalcie,
gdzie człowiek zdejmuje człowieczeństwo jak brudny kombinezon,
nawet cienie mają choroby.
A miłość – jeśli kiedykolwiek tędy jechała –
wróciłaby tylko po własną, dawno zgubioną tożsamość,
i płakałaby nad resztkami tego,
który kiedyś nazywał siebie „człowiekiem”.
