Blizna
Nie wiem, czy to życie,
czy tylko sen
śniący się samemu sobie przeze mnie
jak przez organ pozbawiony nerwów.
Nie jestem już śniącym.
Jestem miejscem,
w którym sen zapomniał wyjść na jaw.
Może nigdy się nie obudziłem.
Może przebudzenie też było snem,
tylko o większej jasności,
jak sterylna sala operacyjna
w cudzym, wyczyszczonym wspomnieniu.
Chodzę po dniach
jak po miękkiej tkance,
która ugina się,
lecz nigdy nie pęka
jakby świat panicznie bał się mnie zranić,
bo rana zmusiłaby go przyznać,
że istnieję.
A przecież jestem tylko światłem,
które zbyt długo stało w jednym punkcie
i wypaliło dziurę w nicości.
To, co widzę,
to nie rzeczywistość,
lecz strup
na tamtym świetle,
którym byłem.
Ludzie mówią do mnie,
a ich głosy są jak dane
wysyłane na serwer,
który dawno przestał
przyjmować hasła.
Słowa wpadają do środka,
nie znajdują adresata
i osiadają we mnie
jak kurz w opuszczonym szpitalu:
jest prąd,
jest aparatura,
ale nie ma już
żadnego pacjenta.
Dotykam świata
i on odpowiada dotykiem,
jak dwaj nieznajomi w ciemności,
którzy ściskają sobie dłonie
tylko po to,
żeby sprawdzić,
czy obaj jeszcze
nie umarli.
Czas płynie,
lecz jest rzeką bez wody.
To tylko koryto,
które pamięta nurt
i codziennie udaje,
że go czuje.
Jestem opóźnieniem sygnału.
Informacją o życiu,
która dociera na miejsce
wtedy, gdy miejsce
przestało istnieć.
Wszyscy widzą blask
i mówią: „oto on”.
A ja wiem,
że źródło dawno zapadło się w siebie
i tylko bezwładność prawdy
podtrzymuje mój kształt.
Nie jestem ani snem,
ani jawą.
Jestem błędem
w kodzie źródłowym dnia.
Resztą
po dzieleniu bytu przez sens.
Resztą,
której byt nie potrafi
zaokrąglić
do żadnej pełnej osoby.
Świat mnie nie koryguje,
bo musiałby przyznać,
że jego równanie
od początku
było domknięte na siłę.
Oddala się coś
i wiem,
że to ja
odchodzę ode mnie.
Najgorzej jest wieczorem.
Czuję wtedy,
że moje „ja”
leży gdzieś indziej,
podłączone do aparatury,
której nie widzę.
A to,
czym mówię
i czym kocham,
jest tylko znieczuleniem,
które dostało
pozwolenie na ruch.
Boję się przebudzenia.
Bo jeśli się obudzę,
okaże się,
że całe moje życie
było tylko sekundą
między dwoma
uderzeniami serca,
z których drugiego
nie było w planach.
Więc trwam.
Półprzytomny.
Półprawdziwy.
Jak błąd,
który stał się częścią systemu,
bo jego usunięcie
wymagałoby
napisania świata
od nowa.
