laryngolog
w poczekalni cuchnie katarem przodków,
herbatą o smaku rezygnacji
i czymś jeszcze -
jakby ktoś niedawno dezynfekował tu sens istnienia.
powietrze było tak stare,
że pamiętało jeszcze zarazy,
kiedy lekarz był księdzem,
a diagnoza polegała na tym,
czy pacjent przeżyje modlitwę.
oddycham ostrożnie,
żeby nie naruszyć strefy ciszy administracyjnej.
powietrze wisi nisko,
jak dym po stosie,
i każdy wdech jest podpisem
pod zgodą na bycie przejrzanym.
siadam.
krzesło skrzypi,
ale robi to szeptem,
jak pracownik,
który już wie,
że i tak nikt go nie wysłucha.
na ścianie plakat:
SŁUCHAJ SIEBIE
poniżej drobnym drukiem:
po uzyskaniu zgody.
wchodzi pielęgniarka.
jest pierwszym ostrzeżeniem.
ma uśmiech jak pieczątka -
okrągły, szybki, nieodwołalny.
niesie tacę z narzędziami,
które wyglądają jak argumenty
z debaty, której nikt nie wygrał.
- proszę przygotować gardło, mówi.
jakby gardło było salą konferencyjną
przed wizytą delegacji z centrali.
potem wchodzi on.
laryngolog.
dłonie ma wyprasowane.
tak równe,
jakby nocą ktoś prasował je
na desce do prasowania spodni.
to dłonie, które nigdy nie klaskały,
ale wielokrotnie zatwierdzały.
jego dłonie pachną mydłem
i końcem epoki,
jak ręce kata,
który przeszedł szkolenie bhp.
to były dłonie,
które wiedzą,
gdzie nacisnąć,
żeby coś pękło cicho
i zgodnie z procedurą.
fartuch biały
jak cisza po skardze.
z kieszeni wystaje latarka -
narzędzie kontroli,
nie oświetlenia.
- proszę usiąść.
- otworzyć usta.
otwieram.
moje „aaa”
nie zdąża wybrzmieć -
pielęgniarka już je dezynfekuje
spojrzeniem.
latarka wjeżdża w gardło
jak kontrola skarbowa
w małą firmę.
latarka nie świeciła -
ona przesłuchiwała.
miała w sobie nocne zmiany,
protokoły
i pamięć pochodni,
którymi kiedyś sprawdzano,
czy w człowieku
nie siedzi diabeł
albo myśl.
bez zapowiedzi.
bez empatii.
z uprawnieniami.
- oho, mruczy lekarz.
- tu mamy przewlekłe niedomówienie.
- a tu…
zatrzymuje się,
jakby znalazł błąd systemowy.
- …nielegalny zapas krzyku.
struny głosowe drżą.
jak urzędnicy
po zmianie władzy.
pielęgniarka pochyla się bliżej.
jej czoło marszczy się
z ciekawości naukowej
i bardzo ludzkiej radości,
że to jednak nie ona
leży na krześle.
- pan długo to w sobie trzymał, pyta.
- to się odkłada.
jak kurz.
jak żal.
jak dokumenty bez teczki.
i wtedy się zaczyna.
światło.
nie z latarki.
z ucha.
najpierw cicho,
jakby ktoś zapalił zapałkę
w środku czaszki.
potem strumień.
snop.
projektor.
to nie było światło.
to była procesja.
jakby przez moje ucho
przechodził koniec świata
w wersji roboczej:
bez trąb,
ale z przeciągiem.
z prawego ucha
wylatuje światło
jak prezentacja power point
bez slajdu tytułowego.
pielęgniarka cofa się o krok.
- ojej, mówi.
- to nowe.
lekarz zamiera.
pierwszy raz w karierze
formularz
nie przewidział takiej rubryki.
moja głowa świeci.
jak instytucja po audycie,
w którym nagle zaczęła mówić prawdę.
światło przechodzi na wylot:
ucho - gardło - ucho.
jest przeciąg metafizyczny.
włosy pielęgniarki falują.
kartki na biurku
same się numerują.
- proszę się nie ruszać,
mówi lekarz głosem
który właśnie stracił
uprawnienia
i pewnosc siebie.
z ust wysypują się półsłowa,
jak spinacze,
jak przypisy do życia,
jak dźwięki,
które nie dostały etatu.
jedno z nich
zahacza o okulary lekarza
i zostawia smugę światła.
wygląda jak błąd w przepisach.
- fascynujące…, szepcze.
- bo przeciętny pacjent
to worek z ciszą.
- a u pana…
patrzy,
jakby oceniał zjawisko pogodowe,
- …jest przeciąg sensu.
pielęgniarka gasi spray dezynfekujący.
ten się znowu zapala.
płomień nie parzy -
śmieje się.
jakby ogień był tu
tylko komentarzem.
spray zapalił się
jak dezodorant użyty
przez anioła
bez cierpliwości.
- trzeba będzie to zapisać, mówi.
- ale nie wiem gdzie.
lekarz wypisuje zalecenia
na odwrocie
czyjejś nieodebranej recepty:
spray do nosa -
na cudze narracje.
krople do uszu -
żeby świat
nie krzyczał tak urzędowo.
i cisza -
stosować ostrożnie,
bo u pana
działa jak zapalnik.
patrzą na mnie oboje.
z lękiem.
z zachwytem.
jak na dokument,
który nagle
sam się czyta.
- proszę unikać luster,
dodaje pielęgniarka.
- odbicie mogłoby
zacząć mówić.
przez chwilę miałem pewność,
że zaraz wejdą
dżuma, wojna i głód,
każdy z numerkiem,
każdy do innego specjalisty.
ale nie weszli.
lekarz długo na mnie patrzy.
jak na przypadek,
którego nie można wyleczyć,
tylko wystawić rachunek.
odkłada długopis.
cisza zapada
jak wyrok
bez apelacji.
— pięćset złotych,
mówi w końcu.
nie za wizytę.
za to,
że mnie otworzył,
przejrzał,
wypuścił światło,
wymordował po drodze
kilka wersji mnie
i nie zamknął z powrotem.
płacę.
bo w tym kraju
nawet apokalipsa
musi się zgadzać
w kasie.
wychodzę.
korytarz wygina się lekko,
jakby regulamin
stracił jedną stronę.
światła jarzeniówek migają,
niepewne,
z wątpliwościami
czy jeszcze mają sens.
i wiem jedno:
nie zostałem wyleczony.
nie zostałem nawet zdiagnozowany.
zostałem opieczętowany.
i teraz system wie o mnie wszystko,
oprócz tego,
czy jeszcze żyję.
