Ciało
Ciało istnieje wcześniej niż myśl.
Jest pierwszą pomyłką nicości, jej niechcianym przecinkiem;
dowodem na to, że pustka nie potrafi utrzymać języka za zębami.
Skóra drży jak spalony pergamin,
na którym ktoś wyrył sens i zamilkł w połowie słowa.
Kości skrzypią jak stare drzwi w domu, który nigdy nie miał stać,
a jednak stoi - krzywy, uparty, nie do rozebrania bez huku.
Krew jest gorąca i niecierpliwa.
Pulsuje jak alarm w świecie, który już się spalił
i nadal nie chce pojąć, że to koniec.
Serce bije bez pytania o zgodę,
każde uderzenie jest wyrokiem,
każdy skurcz szyderczym śmiechem w twarz próżni.
Tu nie ma negocjacji.
Jest tylko rytm i jego brutalna racja.
Oddech nie przynosi ulgi.
Wdech pali jak zdrada,
wydech rozcina powietrze zardzewiałym nożem.
Życie nie koi,
życie rani tylko po to, by sprawdzić, czy jeszcze reagujesz.
Każdy gest jest krzykiem materii,
dowodem, że istnienie nie przyszło cicho,
lecz wdarło się przemocą,
rozbijając nicości zęby o własne kości.
Ciało pamięta to, czego świadomość się wypiera:
strach skamieniały w tkankach,
głód, który wyżarł wnętrzności,
wstyd zapisany w mięśniach,
ból, który nie chce umrzeć razem z myślą.
Palce chwytają pustkę nie po to, by ją zrozumieć,
ale żeby ją rozszarpać.
Oczy widzą, lecz widzenie ciąży jak ołów na powiekach.
Świat nie jest objawieniem - świat jest ciężarem.
Ciało jest świątynią wzniesioną na ruinach;
maszyną, która wie, że idzie na złom,
a mimo to - na przekór, do krwi - chce.
Chcenie jest tu aktem bluźnierstwa.
Życie jest skandalem,
ból staje się świętem,
rany - alfabetem.
Ciało zapisuje nimi historię nieobecności.
Każdy siniak, każdy dreszcz jest wierszem mówiącym:
jestem, choć nicość oddycha mi w kark.
Nerwy płoną jak kable w porzuconej elektrowni.
Świadomość pluje w twarz chaosowi,
wypełniając każdą komórkę tym, czego nie da się wypowiedzieć ani usprawiedliwić.
Nie jesteś duszą ani ideą.
Jesteś ciałem - ogniem huczącym w próżni bez sensu i bez obietnicy.
A gdy nicość przyjdzie odebrać dług,
gdy wszystko zacznie stygnąć,
a myśl rozpadnie się jak źle złożony mechanizm -
ciało wyszepcze swoje ostatnie, bezwstydne kłamstwo:
jestem.
Nie wiem,
nie rozumiem,
nie potrzebuję sensu.
A mimo to drżę i oddycham.
To wystarcza.
Nicość przegrała jednym uderzeniem serca.
