studium rozpadu cześć.II - ZAGUBIENIE
nie zgubiłem się
to coś we mnie
odwiązało mnie od środka
jakby ktoś przeciął niewidzialne ścięgno
które trzymało "ja” przy reszcie
i teraz zsuwam się z siebie
powoli
lepko
bez dźwięku
twarz odpada pierwsza
nie fizycznie
ale przestaje wiedzieć do kogo należy
oczy patrzą
ale nie trafiają
jak gwoździe wbijane w powietrze
język gnije od nadmiaru niewypowiedzianego
słowa puchną
pękają
i wypływają ze mnie jako coś obcego
nie znaczą
tylko ciekną
pamięć rozwarstwia się
jak mięso zostawione za długo w świetle
dotykam dzieciństwa
a ono rozpada się w rękach
jak coś co nigdy nie było całe
imiona ludzi
kruszą się na proszek
który osiada mi w gardle
i dławi
moja tożsamość to tylko rusztowanie postawione na bagnie
które dusi się pod ciężarem własnej pustki
więc już nie wołam nikogo
bo nie wiem
czy to ja miałbym wołać
czy coś co jeszcze nie umarło wystarczająco
ciało nie jest już granicą
jest wyciekiem
ze wszystkich stron sączy się obecność
której nie umiem zatrzymać
skóra puszcza
jak źle zszyta rana
która przypomniała sobie
że powinna była nigdy się nie zamknąć
i nagle
jest mnie za dużo
i jednocześnie wcale
rozlewam się poza siebie
ale nie ma dokąd
jestem jak modlitwa
która zapomniała Boga
i teraz z braku celu
wgryza się we własne gardło
więc wracam
w formie bólu
ciasnego
bez światła
bez powodu
czas nie płynie
czas rozkłada się we mnie
jak martwe zwierzę zamknięte w klatce żeber
czuję jak dni
odklejają się od siebie
śliskie
bez kolejności
wczoraj wchodzi mi pod skórę
jutro gnije w ustach
a teraz
teraz nie wytrzymuje własnego ciężaru
i zapada się
w coś bez dna
próbuję się złapać
czegokolwiek
ale dłonie przechodzą przez rzeczy
jak przez wspomnienie które nie chce już być pamiętane
więc chwytam siebie
i czuję
że nie ma czego trzymać
tylko drżenie
tylko napięcie
tylko coś
co udaje że jeszcze trwa
i wtedy
w tym najcieńszym miejscu
rozumiem
że zagubienie to nie jest brak sensu
to jest moment
w którym sens
zaczyna gnić żywcem
i śmierdzi znaczeniem
tak intensywnie
że nie da się już oddychać
więc przestaję
oddech wychodzi ze mnie
i nie wraca
jakby powietrze uznało
że nie chce już mieć ze mną nic wspólnego
leżę
jeśli to jeszcze jest leżenie
rozpięty pomiędzy czymś a niczym
które przestały się od siebie różnić
i czuję jak zanikam
warstwa po warstwie
aż zostaje tylko
ból bez właściciela
drżenie bez źródła
i coś
co kiedyś było mną
ale teraz
jest tylko miejscem
w którym nawet zagubienie
nie ma już gdzie się wydarzyć
