mysz pod miotłą...
kolejny świt przecedził
szarość przez szyb tafle
opadł gęstwą swej masy na uśpione pola
mąż podał mi dżem abym
nie gryzła na sucho
croissanta i partię świeżej kawy dolał
do pustej filiżanki
za firanką pada
to mżawka gdzieś zza winkla
przywlekła się słotna
stuka prawie bezdźwięcznie
w oziębłą materię
burego w swej strukturze
samotnego okna
kolejny czas poranny sobotnia nijakość
bezpośpiech kark masuje
relaksu pieszczotą
nic go to nie obchodzi że dzisiaj pod wiatą
nogi nie będą znowu zanurzać się w błoto
cudowność bezczynności
spokój rozrzucony
jak miękki błam na starej wersalce po cioci
i cisza która wtapia się
w wnętrze pod czaszką
gdzie myśl marząca krocząc
w realności psoci
i tylko mysz pod miotłą siedzi
i narzeka
że czas nie stoi w miejscu
lecz z deszczem przecieka...
$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$
