Chirurg
Wchodzi punktualnie jak wyrok.
Czas w jego obecności kładzie się na plecach, skamle i odsłania brzuch.
- Spokojnie, rzęzi jakby przesuwał po betonie zardzewiałą piłę.
- Wybebeszymy.
Sprawdzimy, co tam w panu jeszcze
ma złudzenia.
Skalpel nie błyszczy.
Skalpel jest głodny.
Ma zapominać o imionach.
Liczy tylko cięcia.
To chwila, gdy odmieniają mnie już tylko przez przypadki
i żaden nie jest ludzki.
Studiuje mnie jak plan wyburzeń. Szuka miejsca, gdzie najtaniej podłożyć ładunki wybuchowe.
Gabinet dusi oparami denaturatu i zaschniętej krwi.
Na stole, obok rozwartej klatki,
leży kanapka z żółtym serem,
wyschnięta na brzegach jak ludzka skóra.
przygotowana między jednym cięciem a następnym.
Świat trwa uparcie w tłustym plastrze, poza linią cięcia.
W kącie stary kalendarz.
Krowy na alpejskich pastwiskach mają oczy jak guziki szatańskiego trupa, przyszyte do świata, który nie przewiduje reklamacji.
Przeżuwają to, co ze mnie zostaje,
ze spokojem maszyn do mielenia.
Każdy organ w moich piersiach leży w jego dłoniach jak połamane kombinerki,
serce dygocze jak wybrakowany silnik na złomowisku, rzyga krwią w pustkę: bez celu, bez nadziei.
- Tu się nie opłaca ratować, sapie, odgryzając kęs kanapki nad moim tętnem.
- Tu zostawimy margines błędu.
A tu… tu lepiej zabrać razem z okolicą i nazwiskiem.
Tnie tam, gdzie ciało jeszcze próbowało negocjować.
Jego dłonie nurkują we mnie jak haki w sortowni:
wywlekają to, co jeszcze próbuje pulsować,
i ciskają w martwy ciąg odpadów medycznych.
- Lepiej wyciąć wszystko, ociera czoło zakrwawionym mankietem.
- To, co zostaje, gnije od nadziei. Nadzieja to ropny wysięk. Żart Boga, któremu pękły szwy.
Na metalowej misce rośnie sterta sensu, który nie przeszedł selekcji:
pierwsze miłości o niejasnej histopatologii,
ambicje o zerowym terminie przydatności.
Moje myśli dryfują jak muchy w formalinie.
Wtedy z trzaskiem otwierają się drzwi.
Pielęgniarka wsadza w drzwi twarz białą jak papier ścierny, nad nią wyszczerzona gęba pacjenta, który jeszcze nie wie, że jest trupem na kredyt
Oczy ma jak dwa ślepe naboje,
które ktoś wystrzelił w próżnię i zapomniał sprzątnąć.
- Panie doktorze, mamy nogę do zutylizowania razem z właścicielem. Zdąży pan?
Chirurg zerka na zegarek.
Na krowy.
Na mój otwarty środek.
-Nogę? twarz mu jaśnieje obłędem bóstwa.
- Nogę chętnie.
Bóg to amator, zostawia za dużo szwów.
Trzeba to wyrównać, póki krew ma jeszcze ciśnienie.
Mruga do mnie tym jednym, ociekającym pewnością okiem.
Drzwi trzaskają.
Cisza wraca na miejsce.
Skalpel też.
Wyjmuje coś jeszcze.
Na wszelki wypadek.
Z doświadczenia wie,
że życie to bezwstydna narośl.
Wgryza się w stal, mlaska pod skalpelem
i za wszelką cenę próbuje wyżebrać jeszcze jeden skurcz
Zszywa mnie srebrnym drutem,
zaciska pętle,
jakby domykał raport roczny.
Chirurgia to administracja mięsa.
Ciało to brudnopis,
który należy zarchiwizować
w misce na odpady.
Dusza to tylko błąd w druku.
- Operacja udana, stwierdza,
zanim zdążę policzyć braki.
- Proszę się nie dziwić pustce. Organizm się dostosuje.
Za drzwiami słyszę szum wody.
Szoruje ręce furiacko, jakby zmywał z nich nie krew,
ale resztki mojego imienia i cienia.
Na stole nadal leży kanapka.
Krowy w kalendarzu patrzą,
jak dławię się brakiem siebie.
W karcie wpisano:
„Zabieg konieczny.
Usunięto zbędne nawyki istnienia.
Pacjent pozostawiony w stanie fabrycznym”.
Wychodzi.
Słyszę tylko szum wody i szczęk metalu.
Zostaję sam.
Patrzę w oczy krów na kalendarzu,
a one patrzą we mnie.
Teraz już się rozumiemy.
Przeżuwamy tę samą pustkę.
