Próba bólu
Lipiec był zdartą skórą świata,
rzuconą na słońce.
Powietrze wchodziło w płuca
jak obcy język,
którego nikt nie chciał się nauczyć,
a którym trzeba było oddychać.
Morze było za ciepłe,
miało temperaturę krwi,
którą dopiero co wlano w zatokę.
Ciało, z którego je wyjęto,
jeszcze pulsowało.
Szła boso.
Piasek przyklejał się do stóp jak dowód winy —
drobina cierpienia wbita w każdy krok, który stawiała, zanim jeszcze wiedziała,
że zostawia ślady
tam,
gdzie myślała, że tylko przechodzi.
On niósł ciszę:
ciężką,
zbitą w szczęce i spojrzeniu,
gotową przetrwać wszystko,
oprócz prawdy.
Byli młodzi w sposób niebezpieczny -
zbyt prawdziwi,
zbyt odsłonięci
na świat,
który żywi się tym,
co jeszcze wierzy.
Ich pocałunki nie były czułe.
Były głodne.
Jakby całowali się przeciwko światu,
przeciwko czasowi,
który już ostrzył zęby.
Morze weszło w kostki,
potem w łydki,
potem w krew.
Sól osiadała na skórze
jak pieczęć,
której nie da się zdjąć.
Leżeli na piasku -
spoceni, posoleni,
rozbici na dwa serca,
które jeszcze nie wiedziały,
że nie są wieczne,
więc biły bez litości,
jakby nadmiar życia
miał ich ocalić.
Słońce było świadkiem bez oczu,
Wiatr liczył oddechy.
Niebo milczało,
jak zawsze,
gdy dzieje się coś
nieodwracalnego.
I wtedy wydarzyła się miłość -
dzika,
niedoskonała,
bez obietnic,
prawdziwa tak bardzo,
że aż bolała.
Jakby ktoś wbił klin w
sam czas
i rozłupał go
bez próby cofnięcia:
na część, w której jeszcze oddychali bez strachu,
i na tę, która od tej chwili oddychała nimi.
Jeszcze nie wiedzieli,
że wszystko, co ich spotyka,
jest tylko próbą bólu,
który kiedyś nazwą dorosłością.
Jak lipiec.
Jak morze.
Jak dwoje ludzi,
którzy przez jedną chwilę
wierzyli,
że są całym światem,
i zapłacili za to
całym życiem później.
.
