tkanka nocy
stoję w nocy
która cofa krew
pamięta ciało
sprzed mojego imienia
obecność nie ma kształtu
ma ciśnienie
napiera od środka
nie potrzebuje języka
ciało wie wcześniej niż myśl
miłość nie jest zdaniem
jest ciśnieniem
krąży pod skórą
jak puls, który pamięta drogę
choć kierunki dawno zatarte
jak krew w amputowanym czasie
trzymamy się siebie
jak rdzenie wypalonego świata
związani grawitacją
o której światło milczy
uściski tak ciasne,
że światło zagina się na naszych biodrach
i wpada w nas jak w czarną dziurę,
która nie chce niczego ogłaszać
bezwładni, gęści
jak dwa pulsary
jesteśmy dla siebie
własnym horyzontem zdarzeń
nie ma „potem” po drugiej stronie
wszystko, co było światłem,
tu traci możliwość ucieczki
oddychamy tak blisko śmierci,
że każdy wdech zostawia
popiół
na wewnętrznej stronie żeber
pod paznokciami
nie brud
lecz zapis tarcia świata
rdza dni pod skórą
czas ścierający nas
jak metal o metal
aż zostaje tylko dźwięk
usta —
punkt, w którym czas
traci orientację
osuwa się bezgłośnie
jak osad po znaczeniu
dotyk
nie jest gestem
lecz sposobem trwania
ręce wiedzą
gdzie kończy się ciało
a zaczyna dom
oddychamy w jednym pulsie
bez imion
to, co między nami
nie świeci
nigdy nie chciało świecić
nosi ciężar rzeczy
które przetrwały światło
noc nie jest tłem
jest jedynym dowodem
że istniejemy naprawdę
