A. T.
a tam kotłowanina — skały niczym szturm myśli.
Płasko, nie to co w Tatrach, a jednak pcha purpurę
na policzki gimnastyka pośród splątanych ścieżek.
Z tym że, cóż to za szczyt? Kto powie: „Ale zabłyśli!”
Być kimś, kto nie ma szans nawet na krzesła brzeżek;
wciąż w przedpokoju stać, kawę bez cukru pić
i problem rozstrzygania witać jak pierwszy śnieżek:
z pasją i irytacją, bo ćwicząc rytm, agogika
zdarzeń wybrała splot, gdzie inny wziął ten liść.
A mnie podała bruderszaft, którego gęsta logika
parła aż się rozprysły prawda, krzywda i rosa
wśród skał nieludzko twardych, a ostra pedagogika
stłuczonej nogi słodzi wartościowanie, które
ocenia wszystkie znaki i ból serca jak osa.
Tarski o włos uniknął tragicznych konsekwencji nazistowskiego napadu na Polskę - w pierwszych dniach II wojny światowej znalazł się w Stanach Zjednoczonych, dokąd został zaproszony na zorganizowaną na Uniwersytecie Harvarda konferencję „Jedność Nauki”. W jej trakcie, 9 września 1939 r., wygłosił referat, uczestnicząc w spotkaniu czołowych przedstawicieli filozofii i logiki matematycznej. Po konferencji grupa logików udała się na wycieczkę, aby zdobyć szczyt góry Mount Monadnock.
Podczas tej wyprawy doszło do niefortunnego wypadku: Tarski potknął się na górskim szlaku i doznał kontuzji, uniemożliwiającej mu samodzielne zejście. Pomocy udzielili mu koledzy. Willard Quine wspominał to wydarzenie następującymi słowami:
„Dwóch z nas zrobiło siodełko, łącząc nadgarstki oraz dłonie, i zniosło go z góry.”
To pozornie "zwykłe" wydarzenie zapisało się w biografii Tarskiego jako jeden z ostatnich momentów względnej normalności przed pełnym uświadomieniem sobie konsekwencji wojny. Wkrótce okazało się, że wyjazd do USA — rozpoczęty od konferencji i zakończony niegroźnym, choć bolesnym wypadkiem — stał się dla niego punktem bez powrotu:
Tarski już nigdy nie wrócił do ogarniętej wojną Europy.
