Bez bytu - 13=7+6
Dni, grosze, losy liczę, a ginę bez bytu.
Za szybą wiosny, zimy mijają bez śladu,
Czas mija, mnie pomija, życie to bez składu.
Pośród pór się zatracam, ja płynę bez brzegu,
Czas ucieka jak woda, wciąż pędzę w biegu.
W kabinie żyję sam, jak cień na granicy,
Między stacją, a stacją, tracę smak ulicy.
Za każdy przejechany dzień płacę latami,
Życiem płacę za życie, za własnymi łzami.
Ostatni oddech oddam za jeden dzień zwykły,
Niech zniknę, by raz ujrzeć go, zwykły, a nikły.
Raz nie w drogę, w oczy patrzeć dziewczyny,
Nie w blask tirów tonąć, w ciszy godziny.
Za jednym jej spojrzeniem spalić wszystkie drogi,
Za jeden szept jej cichy przejść piekielne progi.
Tylko jej brak, tej jednej, jak gwiazdy na świcie,
Sam tu w ciężarówce, jak księżyc w szczycie.
Nadzieję jeszcze niosę, że los się odwróci,
Że, co raz było dane, raz jeszcze powróci.
