Ginekolog
W poczekalni pachnie lękiem i lawendą,
jakby ktoś spryskał powietrze zapachem wszystkich tajemnic,
które kiedykolwiek urodziły się w ciele kobiet.
Siadam na krześle, które trzeszczy jak archiwum kobiecych wnętrz,
jakby jego śrubki znały alfabet ud, miednic i brzuchów,
z których powstawały małe światy, wielkie dramaty
i czasem tylko zwykłe „wszystko w normie, proszę pani”.
Krzesło wydaje dźwięk jak stary, skórzany miech kościelny, wypuszczając z siebie kurz tysiąca nieprzespanych nocy i zapach metalicznego strachu, który miesza się z wonią tanich perfum i drogich nadziei.
W gabinecie panuje cisza tak sterylna, że słyszę, jak w moich żyłach krew przepycha się łokciami, a hormony szepczą do siebie w panice, jak pasażerowie Titanica, którzy właśnie zobaczyli pierwszą górę lodową na ekranie USG.
Jest tu tak czysto,
że bakterie prawdopodobnie
popełniają zbiorowe samobójstwo z poczucia winy,
a ja leżę tam, rozpięta między światem żywych a katalogiem Ikei dla narządów wewnętrznych.
On wkracza uzbrojony w lateks, który piszczy na palcach jak foka w operze,
i zajrzy we mnie z taką precyzją,
jakby sprawdzał poziom płynu do spryskiwaczy w statku kosmicznym.
Moje wnętrze,
zamiast mistycyzmu,
wystawi mu język: różowe,
mokre i uparte, mruga do niego jak neon nad barem,
który jako jedyny w tej sterylnej próżni wie,
że życie nie jest z plastiku,
tylko z dżemu, krwi i czystej bezczelności.
Wchodzi on - ginekolog, nawigator po oceanie kobiecego świata,
pół ‑ detektyw, pół ‑ astronom macicy,
który nawet cień owulacji potrafi wyczytać z mapy kosmosu,
jakby szukał sygnałów życia w galaktyce,
gdzie kosmici zapomnieli wysłać instrukcję obsługi ciała.
- Proszę się rozluźnić, mówi, tonem nauczyciela cyrku,
który zaraz pokaże sztuczkę, ale z delikatnością kota
na rozgrzanej blasze.
Rozchylam nogi, odsłaniając wszystko tak dokładnie,
że czuję się jak eksponat w świetle reflektorów,
a on wchodzi z uśmieszkiem jak ktoś,
kto właśnie dostał dostęp do części świata zwykle zamkniętej na trzy zamki,
z narzędziem, które wygląda jak miniaturowy teleskop do planet
rodzących życie i dramat jednocześnie.
Przesuwa się delikatnie,
a moje ciało otwiera się jak mapa nieznanych galaktyk.
Tam, gdzie światło reflektora pada najczułej,
kryje się punkt G - maleńka, pulsująca perła,
Jest to miejsce,
gdzie ciało zachowuje się
jak czarna dziura odwrotna niż wszystkie inne
- nie pochłania światła,
lecz je oddaje,
emitując ciepły, niemy sygnał istnienia, który nie służy przetrwaniu gatunku, tylko czystemu zdumieniu:
że wszechświat w ogóle chciał być tak czuły.
Na moment wszystko milknie,
jakby ciało przypomniało sobie,
że najgłębsze rzeczy dzieją się
bez świadków i bez komentarza.
Subtelna świątynia
rozkwita w mikroskopijnym rytmie życia,
otwierając się jak kwiat poranka,
którego zapach zna tylko kosmos i ja.
Ginekolog spogląda z powagą astronoma,
który odkrywa nowe planety w galaktyce wnętrza kobiety,
z zachwytem notując każdy puls, każdy fałd, każdą drobną tajemnicę,
jakby patrzył na arcydzieło, które powstało z najczystszej geometrii życia.
- Hm… mruczy jak stary kocur,
który właśnie odkrywa nowe królestwo myszy.
- To jest prawdziwa galeria natury!
Każda fałdka, każdy zakamarek, każdy sekret - arcydzieło!
Czuję, że moje ciało staje się mapą starożytnych labiryntów,
a on jest Minotaurem‑przewodnikiem,
który wie, gdzie czai się każdy strach i każda nadzieja.
- A tutaj… wskazuje narzędziem -
- kwitnie życie i… ewentualnie mała niespodzianka.
Chichotam w duchu, bo w tej ceremonii nie ma miejsca na wstyd,
tylko na absurd i kosmiczny zachwyt nad ludzkim wnętrzem.
Na koniec odchodzi z miną człowieka,
który własnie zgarnął złoty medal w konkursie „Co kryje się w środku?”,
odbierając statuetkę z miniaturowym teleskopem
i konfetti z hormonów.
A ja zostaję tam - pół naga, pół święta,
leżąca jak robot na przeglądzie technicznym, bez osłony,
gotowa na diagnozę życia,
z nogami otwartymi jak szuflada w warsztacie,
zastanawiając się, czy życie naprawdę jest tak proste,
że wystarczy jeden ginekolog,
żeby zrobić mi tylko przegląd okresowy
i powiedzieć z entuzjazmem:
Wszystko gra, droga pani!
Maszyna pracuje jak szwajcarski zegarek w obłoku orgazmów,
tylko proszę pamiętać o regularnym smarowaniu,
bo nawet najświętsze mechanizmy
nie lubią pracować na sucho !
Mówi to z taką pasją,
jakby właśnie wygrał casting
na głównego inżyniera w fabryce cudów,
a ja wychodzę z gabinetu krokiem modelki,
niosąc między udami tajemnicę,
której nie powstydziłoby się żadne muzeum narodowe,
ani żaden serwis Porsche.
