pastelowe opakowania
W rurach coś jęczało nocami
jak stare kobiety przez sen.
O czwartej rano siedziała w kuchni
w za dużym T-shircie,
jedząc płatki prosto z pudełka.
Dziewczyny z internetu miały poranki
jasne jak wnętrza prywatnych klinik.
Rozciągały ciała cienkie jak wykresy tętna
i afirmowały spokojnie.
W tle mężczyzna kadrował ich życie.
Lampa nad stołem drżała.
Pusto rzucone:
„wyglądasz eterycznie”
obiło się od dna kubka
czkawką.
Metformina skrzypi w przełyku,
Myo-inozytol.
D-chiro-inozytol.
Magnez.
magnes przekrzywił się boleśnie,
słuchał szumu lodówki
i płaczu nie-mew.
Lekarze patrzyli na wyniki
jak księgowi na źle wypełnione formularze.
brakowało
pieczątek
daty
akceptacji
w pastelowych pudełkach apteka małych nadziei:
na sen,
na cerę,
na hormony,
na włosy wypadające do odpływu,
kotłujące się jak jelita.
Z sekundy na sekundę
w lustrze,
twarz stawała się obca.
Jakby źle przymocowana do czaszki.
Pod oczami wykwitały sine półksiężyce.
biżuteria, stanik i uśmiech
zawsze w tej samej kolejności
upadały na podłogę.
płytki przyjmowały je
bez reakcji.
Mieszkanie robiło się ogromne.
Na parapecie martwe kwiaty.
Nie wyrzucała ich od miesięcy.
Przynajmniej one
mogły usychać bez winy.
