Inny język ciała
z września, w Twoje urodziny —
spojrzałam na krajobraz
swoich dłoni —
skóry cieńszej, żył bliżej światła,
palców wykrzywionych
od trwogi, jak rzeki.
Ugrzęzłam — nie w lęku,
lecz w ciężarze mięśni,
w powolnym ruchu stawów.
Starzenie nie jest utratą,
lecz odsłanianiem,
zdejmowaniem warstw pośpiechu.
Dawniej przyszłość
była ostrą linią horyzontu.
Serce rwało się do biegu,
myśli miały krawędzie.
Dziś płyną.
Najpierw zamieszkało we mnie —
jak obca zmarszczka przy ustach.
Potem w Tobie:
w plecach, które nie prostują się już tak szybko,
w dłoniach, które już nie sięgają pierwsze.
Ramiona wiedzą,
że nie uniosą wszystkiego.
W spojrzeniu trwającym odrobinę dłużej,
jakbyś sprawdzała,
czy jeszcze tu jestem.
Matko,
mówimy tym samym językiem —
krótszym oddechem,
dłuższą ciszą.
Znikamy powoli —
najpierw z ciała,
potem z pośpiechu.
Nie zatrzymamy się,
Patrzymy, jak druga odchodzi,
bez gniewu.
