Na razie leżę
ale nie dziś.
mówię szeptem,
żeby nie obudzić sumienia
ciężkie narzędzia ma pod ręką.
Ręce czyste.
niczego nie dotykam
poza procedurą.
leżę w godzinach
jak w dokumentacji.
autodestrukcja przychodzi domowa.
składa mnie wieczorami
jak ubrania, które szkoda wyrzucić.
czasem skraca, czasem przyszywa
guzik — nadzieja.
mówią:
— wszystko się kiedyś kończy.
a ja widzę, jak rzeczy się przeciągają:
kabel pod napięciem, meble bez instrukcji, kot w słońcu.
najpierw podpiszę zgodę
na powolne znikanie:
cisza albo ktoś, kto zaśpiewa.
proszę bez kwiatów —
one i tak umierają szybciej ode mnie.
epitafium:
„nie psuć. zawartość krucha.
ślady wielokrotnego użycia.”
nie zmieści się tylko jedno —
drobne „nie”, pulsujące jak nerw,
które jeszcze reaguje,
choć powinno już nie.
jeszcze mnie pogrzebią.
na razie leżę,
żeby musiała się zatrzymać
i sprawdzić, czy warto.
