Czereśnie
i poszłam przed siebie, gdzie pachnie już sad,
a słońce wplatało mi złote korale
w rozwiane od śmiechu kosmyki i wiatr.
Zrywałam z powietrza czerwone czereśnie,
jak gdyby czerwiec rozsypał je sam,
i niosłam ich słodycz w dłoniach i oczach,
jak dziewczynka, co wierzy, że wszystko się da.
Nie umiem być poważna, gdy kwitnie wieczorem
jaśmin pod oknami i śpiewa mi zmierzch,
gdy światło na skórze układa się miękko
i tańczy po sercu jak złocisty deszcz.
Najpiękniej mi wtedy, gdy patrzysz tak długo,
jakby się zatrzymał na chwilę sam czas,
jakby w całym świecie nie było nikogo,
tylko ciepło wieczoru i oddech dwóch gwiazd.
Najpiękniej mi wtedy, gdy śmiech niespodzianie
rozkwita pomiędzy zwyczajnym i snem,
i nagle w najprostszej, najcichszej minucie
jest więcej miłości, niż można mieć.
