A ja lubię
innym znów razem doniośle chlubię,
że nie przez glorię, ani medale,
lecz tak zwyczajnie odśnieżać lubię.
Czekam na chwilę tą już od wiosny,
by z uśmiechniętą lekko facjatą
wdziać gumofilce jak chłop radosny
i wyjść na podjazd z wielką łopatą.
Zwijam się dzielnie, zgarniam, zamiatam.
Całkiem solidnie, czyli gruntownie.
Rosną bicepsy, a nawet klata,
choć dziś odpuszczę sobie siłownię.
Pewnie ma babcia zgrzeszyła wpadką
z Finem, a może z rudym Norwegiem.
Chwilkę pogadam sobie z sąsiadką,
a potem dalej wojna ze śniegiem.
Uszy czerwone, nos zasmarkany,
a ja w śnieg idę zwyczajnie dzikiem.
Już wolna furtka, otwarte bramy,
gdyż biel precz czmycha pod mym dotykiem.
Zbędny mi poklask, oraz błysk fleszy.
Miotła pracuje że gra muzyka.
Muszę się białym puchem nacieszyć,
wszak on ostatnio tak szybko znika.
Gdy skończę wkoło zerkam oczyma,
a dusza moja kwitnie radosna,
bo u sąsiadów wciąż głucha zima,
u mnie zaś cudnie rozkwita wiosna.
Gdyby ze śniegiem miał ktoś kłopoty,
gdyż źle mu w dłoniach leży łopata,
z chęcią wyręczę go z tej roboty,
Starczy jedynie skromna opłata:))))
